|
|
Z
Eragona:
- Prolog: Cień
grozy -
Dolina Palancar
- Smocze
opowieści
- Imię mocy
Z
Najstarszego:
- Bliźniacze
klęski
- Prawda miedzy
przyjaciółmi
- Roran
- Requiem
Z
Brisingr
- Światło i
cień (wyjątek z 3. tomu trylogii Dziedzictwo)
Saphira udeptywała niecierpliwie ziemię. Ruszajmy! Eragon i Roran powiesili torby i zapasy na gałęzi rozłożystego
krzaka jałowca i wdrapali się na grzbiet smoczycy. Nie musieli
tracić czasu na jej siodłanie; wciąż miała na sobie uprząż.
Rozgrzana skóra siodła niemal parzyła Eragona. Przewidując nagłe
manewry w powietrzu, chwycił sterczący tuż przed nim szpikulec.
Tymczasem Roran objął go w pasie jedną rąką; w drugiej dzierżył
młot. Kawałek łupku trzasnął pod ciężarem Saphiry, gdy ta przykucnęła, po
czym w jednym radosnym skoku wyprysnęła na krawędź parowu, gdzie na
moment zamarła, rozpościerając potężne skrzydła. Cienka błona
napięła się z cichym pomrukiem, gdy smoczyca wzniosła je ku niebu. W
pionie przypominały dwa przejrzyste, błękitne żagle. – Nie tak mocno – sapnął Eragon. – Przepraszam – mruknął Roran, nieco rozluźniając chwyt. Nie mogli dłużej rozmawiać, bo Saphira znów skoczyła. W chwili, gdy
zaczęła opadać, gwałtownie uderzyła skrzydłami, wznosząc się jeszcze
wyżej. Z każdym kolejnym uderzeniem wzlatywała coraz bliżej wąskiego
pasma chmur, ciągnącego się ze wschodu na zachód. Gdy Saphira
skręciła w stronę Helgrindu, Eragon zerknął w lewo i odkrył, że
dzięki wzniesieniu widzi oddaloną o wiele mil rozległą toń jeziora
Leona. Z wody sączyła się gruba warstwa mgły, szarej i upiornej w
półmroku przedświtu; zupełnie jakby pod powierzchnią toni płonął
magiczny ogień. Eragon stwierdził z żalem, że nawet jego jastrzębi
wzrok nie wystarczy, by dostrzec drugi brzeg i wyrastający za nim
południowy kraniec Kośćca. Od dnia, w którym opuścił dolinę Palancar, nie oglądał gór swojego
dzieciństwa. Na północy znajdowała się Dras-Leona, wielka, ciemna
plama, odcinająca się ostrą czernią na tle ściany mgieł okalającej
jej zachodnią flankę. Jedynym budynkiem, jaki Eragonowi udało się
rozpoznać, była katedra, w której zaatakowali go Ra’zacowie; jej
złowieszcza iglica wznosiła się nad miastem niczym zębaty grot
włóczni. Gdzieś w dole, na ziemiach, nad którymi przelatywali,
pozostały ślady obozowiska, w którym Ra’zacowie śmiertelnie zranili Broma. Eragon
pozwolił, by cały gniew i smutek wywołany wydarzeniami owego dnia –
a także zamordowaniem Garrowa i zniszczeniem farmy – wezbrał i dodał
mu odwagi, więcej: pragnienia stawienia Ra’zacom czoła w walce.
Eragonie – powiedziała Saphira – dziś chyba nie musimy
strzec naszych umysłów i ukrywać przed sobą myśli? Nie, o ile nie zjawi się kolejny mag. Na niebie zajaśniał złocisty wachlarz – to słońce wychynęło zza
horyzontu. W jednej chwili ponury świat rozkwitł całą gamą barw:
mgła połyskiwała bielą, woda nabrała odcienia ciemnego błękitu, mur
z błota okalający centrum Dras-Leony stał się brudnożółty, drzewa
spowiły wszelkie odcienie zieleni, a ziemia zarumieniła się
czerwienią i pomarańczem. Helgrind jednak pozostał niezmieniony, jak
zawsze czarny. Kamienna góra rosła z każdą chwilą. Nawet z powietrza wyglądała
złowrogo. Nurkując w stronę jej podstawy, Saphira tak bardzo
przechyliła się w lewo, że Eragon i Roran niechybnie by spadli,
gdyby wcześniej nie przypięli nóg do siodła. W mgnieniu oka okrążyła
piargi i przeleciała nad ołtarzem, przy którym kapłani Helgrindu
odprawiali swe ceremonie. Wiatr załamał się na krawędzi hełmu
Eragona, z jękiem, który niemal go ogłuszył. – I co?! – krzyknął Roran, bo sam nic nie widział. – Niewolnicy zniknęli! Wielki ciężar przygniótł Eragona do siodła, gdy Saphira wzleciała w
górę i zaczęła krążyć wokół Helgrindu w poszukiwaniu wejścia do
kryjówki Ra’zaców. Nie ma tu nawet dziury dość wielkiej dla zwykłego szczura –
oznajmiła. Zwolniła i zawisła przed półką łączącą trzeci co do
wielkości szczyt z trzema pozostałymi. Łoskot każdego uderzenia
skrzydeł smoczycy odbijał się echem od nierównej skalnej krawędzi i
narastał, aż w końcu brzmiał głośniej niż grom. Eragonowi do oczu
napłynęły łzy, powietrze pulsowało wokół niego. Kolumny i iglice
zdobiła sieć białych żyłek w miejscach gdzie szron osiadł w skalnych
szczelinach. Nic innego nie zakłócało ponurej czerni chłostanych
wiatrem blanków Helgrindu. Między kamieniami nie wyrastało żadne
drzewo, krzak, trawa ani nawet mchy czy porosty, a orły nie śmiały
zakładać gniazd na potrzaskanych półkach wieży. Wierny swej nazwie
Helgrind był miejscem śmierci; stał zbrojny w ostre jak brzytwa
zębiska skał i kamieni niczym wyrastający z ziemi kościany upiór.
Eragon posłał przed siebie myśli i potwierdził obecność jednego
z niewolników, a także dwojga ludzi uwięzionych wewnątrz Helgrindu,
których odkrył poprzedniego dnia. Lecz z pewną obawą stwierdził, że
nie potrafi wyczuć Ra’zaców ani lethrblak. Skoro ich tu nie ma,
to gdzie są? – zastanawiał się. Gdy znów podjął poszukiwania,
dostrzegł coś, co wcześniej mu umknęło: samotny kwiat goryczki,
rozkwitający zaledwie pięćdziesiąt stóp przed nimi, w miejscu gdzie
wedle wszelkich reguł winna istnieć tylko pusta skała. Skąd
bierze dość światła, by przeżyć? W odpowiedzi na jego pytanie
Saphira przysiadła na kruszącej się iglicy, parę stóp po prawej. Na
moment tracąc równowagę, rozłożyła skrzydła. Miast otrzeć się o
masyw Helgrindu, koniuszek prawego skrzydła zanurzył się w skałę i
pojawił znowu. Saphiro, widziałaś to? Tak.
Pochylając się, smoczyca przysunęła czubek pyska do skalnej ściany,
wahała się przez moment – jakby czekała na zatrzaśnięcie pułapki –
po czym wyciągnęła szyję dalej. Powoli, łuska za łuską, jej głowa
wsuwała się w głąb Helgrindu, aż w końcu Eragon widział tylko szyję,
ciało i skrzydła. To złudzenie! – wykrzyknęła Saphira.
Napinając potężne ścięgna, zeskoczyła z iglicy i poleciała naprzód.
Reszta ciała dołączyła do głowy. Eragon z najwyższym trudem
powstrzymał się przed zasłonięciem twarzy w rozpaczliwej próbie
chronienia się na widok pędzącej ku niemu skały. Sekundę później
ujrzał szeroką sklepioną jaskinię, skąpaną w ciepłym blasku poranka.
Łuski Saphiry odbijały światło, rzucając na kamienne ściany tysiące
roztańczonych błękitnych iskierek. Eragon obrócił się i przekonał,
że za plecami nie ma skały, lecz wylot jaskini, z którego roztaczał
się wspaniały widok. Skrzywił się. Nigdy nie przyszło mu do
głowy, że Galbatorix mógłby ukryć gniazdo Ra’zaców za pomocą magii.
Idiota, muszę się lepiej starać - pomyślał. Niedocenianie
króla mogło bardzo szybko doprowadzić do zguby ich wszystkich.
Roran zaklął głośno. – Następnym razem ostrzeż mnie, zanim
zrobisz coś takiego. Eragon pochylił się, rozpiął szybko rzemyki
i rozejrzał w poszukiwaniu niebezpieczeństwa. Wylot jaskini miał
kształt nieregularnego owalu, wysokiego na około pięćdziesięciu
stóp, szerokiego na sześćdziesiąt. Dalej komora rozszerzała się
niemal dwukrotnie, sięgając w głąb na solidny strzał z łuku. W
drugim końcu wznosił się stos grubych kamiennych płyt, wspartych o
siebie pod ostrymi kątami. Podłogę pokrywała sieć szarych zadrapań,
ślad po wielu lądowaniach, startach i przejściach lethrblak. W
ścianach jaskini ziało pięć wylotów niskich tuneli, przywodzących na
myśl tajemnicze dziurki od klucza. Był tam też korytarz dość duży,
by pomieścić Saphirę. Eragon przyjrzał się im uważnie, w
środku jednak panował nieprzenikniony mrok. Wydawały się opuszczone,
co się potwierdziło, gdy posłał w ich głąb myśli. We wnętrzu
Helgrindu wyczuł niezwykłe, chaotyczne pomruki, sugerujące obecność
przemykających w mroku nieznanych istot i kapiącej bez końca wody.
Do chóru szeptów dołączył miarowy oddech Saphiry, rozbrzmiewający
głośno w pustej jaskini. Najbardziej charakterystyczną cechę
kryjówki stanowiła jednak mieszanina przenikających ją woni.
Dominował zapach mokrego kamienia, pod nim jednak Eragon wyczuł odór
wilgoci, pleśni i czegoś znacznie gorszego: słodkawy, mdlący fetor
gnijącego mięsa. Rozpiął szybko kilka ostatnich rzemieni i
przerzucił prawą nogę nad grzbietem Saphiry. Siedząc bokiem,
szykował się do zeskoku. Roran zrobił to samo z drugiej strony. Nim
jednak Eragon zwolnił uchwyt, usłyszał wśród wielu szelestów
zwodzących jego słuch kilka jednoczesnych stukotów, jakby ktoś
uderzał w kamień naręczem młotków. Dźwięk powtórzył się pół sekundy
później. Eragon i Saphira popatrzyli w stronę, z której dobiegał dźwięk. Z szerokiego korytarza wypadł potężny, poskręcany stwór. Ujrzeli
czarne, wytrzeszczone oczy bez powiek, dziób długi na siedem stóp,
nietoperze skrzydła, nagi bezwłosy tors, potężne mięśnie i szpony
ostre niczym żelazne szpikulce. Saphira szarpnęła się, próbując uniknąć ataku lethrblaki, ale bez
skutku. Stwór uderzył w jej prawy bok z siłą, która Eragonowi
przywiodła na myśl moc i wściekłość lawiny. Nie widział, co dokładnie zdarzyło się potem, bo siła uderzenia
wyrzuciła go w powietrze tak szybko, że nie zdążył nawet sklecić
jednej spójnej myśli. Lot na oślep zakończył się równie gwałtownie
jak zaczął, gdy coś twardego i płaskiego uderzyło go w plecy. Eragon
runął na ziemię, drugi raz uderzając się w głowę. Ostatnie zderzenie wypchnęło z jego płuc resztkę powietrza.
Oszołomiony leżał na boku, głośno chwytając powietrze i próbując
choćby częściowo zapanować nad zdrętwiałymi kończynami. Eragonie! – krzyknęła Saphira.
- Wrota śmierci
|
|