|
|
Cierń
Część dziewiąta: Dziedzictwo
Leżałem na zimnym kamieniu, a Murtagh usadowił się na mojej ugiętej
nodze. Przez chwilę bezwiednie uderzał paznokciem o jedną z czerwonych
łusek pokrywających mój bok. Zbierał myśli.
Zastygłem w oczekiwaniu., ogrzewając mego jeźdźca wewnętrznym ogniem,
jaki miałem w sobie. Nie ponaglałem go.
Wkrótce poczułem przepływające przez nasze znów połączone umysły
strumienie myśli, wrażeń i wspomnień. Twarze, miejsca i wszystko to, co
dotąd trawiło duszę mojego człowieka, wezbrało nagle w jedną falę, jak
zrywająca tamy, rozszalała rzeka. I poczułem, jakby wszystkie bezsenne
noce zlały się w jedną nieskończoną ciemność... Zagubiłem się w niej,
tonąłem, jednocześnie zyskując zrozumienie.
W dłoni mego jeźdźca zalśnił Zar'roc. Przeszył mnie dziwny dreszcz,
kiedy spojrzałem na błyszcząca klingę o krwistym odcieniu, idealnie
pasującym do barwy moich łusek. Murtagh siedział jak zaczarowany, wodząc
palcem po rękojeści, gładząc owal klejnotu. Było w tym mieczu coś, co
przyciągało uwagę, jednocześnie zatruwając myśli.
Martwiłem się o mojego człowieka. Oto trzymał w dłoni broń, która
niegdyś rozcięła jego plecy, napiętnowała go... Pożądał jej i
nienawidził.
Po co go zabrałeś?, zapytałem, zmrużywszy oczy. Raził mnie czerwony
poblask miecza..
To moje dziedzictwo, odparł.
Poczułem się dziwnie przytłoczony goryczą tych słów. Ich echo zadudniło
w naszych głowach lawiną skojarzeń. W zamyśleniu ponownie zerknąłem na
ostrze Zar'roca. Dostrzegłem tam płonące domy, twarze zarzynanych ludzi,
ryki mordowanych smoków. Ze wstrętem odwróciłem głowę.
Murtagh uśmiechnął się posępnie, mruknął coś do siebie.
Czyż mogłem postąpić inaczej? - zaczął po chwili, patrząc mi prosto w
oczy. Nie było w nim niczego prócz smutku. Jestem synem Morzana,
najwierniejszego z Zaprzysiężonych. Należał mi się. Poza tym.. nie
mogłem zostawić go Eragonowi...
Chciałem dowiedzieć się, dlaczego, lecz wyprzedził moje pytanie.
On jest taki...niewinny. Tak pochłonięty swoim zadaniem! Nie powinien
mieć wątpliwości. Rozumiesz?
Tak, odparłem. Teraz wiedziałem już wszystko, pojąłem naszą rolę w tym
dziwacznym przedstawieniu. To my jesteśmy tą złą stroną...
W tym świecie nie ma miejsca na szarość. Tylko czerń i biel.
Położyłem łeb na ziemi, dotykając brodą jego nogi. Pogłaskał mnie po
nosie, przyjmując przeprosiny. Zrozumiał, że musiałem wiedzieć.
- Obaj musimy się jeszcze wiele nauczyć - rzekł Murtagh . - Powinienem
bardziej ci ufać.
Zamruczałem po kociemu i przeciągnąłem się, jednak moje wnętrzności
szarpał nienazwany lęk.
Co teraz z nami będzie?, zapytałem, uświadomiwszy sobie jego źródło.
Przyszłość – do tej pory choć odrobinę przewidywalną – przesłoniły
ciemne chmury.
Mój jeździec wzruszył ramionami.
Nikt tego nie wie. Jednak mam wrażenie, że wszystko, co się dotąd
wydarzyło, zmierzało do miejsca, w którym teraz jesteśmy, do tej chwili.
Murtagh wstał, schował Zar'roca do pochwy. Rozprostowałem skrzydła,
rozsypując wokół deszcz zamarzniętych kropelek. Mój jeździec wzdrygnął
się z zimna i bez słowa wdrapał na siodło. Przez chwilę szarpałem
pazurami śnieg , rozgarniałem kamienie, by rozruszać zdrętwiałe mięśnie
i przygotować miejsce do startu.
Wznieśliśmy się w chłodne, wietrzne niebo, ciągnąc za sobą biały wir
śniegowych płatków. Uderzałem skrzydłami powoli, ociężale, tak, jak
biegły teraz moje myśli. Samotna Skała pozostała daleko w tyle, podobnie
pasma szarych szczytów i, gdyby nie gęste chmury, jakie nas otuliły,
ujrzelibyśmy łąki oraz lasy, rozciągnięte w dole.
Milczeliśmy. Skręciłem i wyrwałem się z wilgotnej masy chmur, wprost w
różowe od świtu niebo. Promienie słońca pełzały po moich łuskach –
przypominałem rubinową iskrę, mknącą nad budzącą się do życia ziemią.
Murtagh westchnął. Przyjemne ciepło wnikało w nasze ciała, jednak duszą
wstrząsały lodowate dreszcze.
Patrzyłem na migotliwe tasiemki rzek, na zielone i żółte pasy pól, na
czarne rżyska i ciemne lasy. Pomyślałem wówczas - sam nie wiem, skąd mi
to przyszło do głowy – że bardzo nie chcę umierać...
Jeszcze nie nadszedł nasz czas, skomentował mój jeździec, a jego oczy
rozbłysły osobliwym blaskiem.
Im bardziej zbliżaliśmy się do stolicy, tym niebo stawało się
ciemniejsze, a nasze głowy bardziej ociężałe. Martwiłem się o Murtagha,
o to, jak Galbatorix zareaguje na nasze zuchwalstwo.
Minęliśmy zewnętrzne mury miasta. Zniżyłem lot na tyle, iż mogłem
rozpoznać twarze poszczególnych żołnierzy. Leciałem nad szeroką aleją,
prowadzącą do pałacu króla. Podążało nią kilku konnych, którzy wyraźnie
zmieszali się na mój widok. Zmrużyłem oczy i machnąłem ogonem tuż nad
ich głowami. Wierzchowce spłoszyły się, zrzucając jeźdźców z siodeł.
Jeden z koni poniósł w kręte uliczki, poślizgnął się na wilgotnym bruku
i runął na bok z opętańczym rżeniem.
Murtagh uśmiechnął się kącikami ust, reszta jego twarzy pozostała
kamienna. Wzbiłem się wyżej, już trochę
spokojniejszy, po czym wylądowałem na ogromnych, kamiennych schodach,
przy łuku pałacowych drzwi. Potrząsnąłem głową i załopotałem skrzydłami,
aż peleryny strzegących wejścia gwardzistów uniosły się na wywołanej w
ten sposób wichurze.
Mój Jeździec zsunął się po mej ugiętej nodze. Strażnicy obrzucili mnie
niechętnymi spojrzeniami, po czym rozstąpili się, pozwalając Murtaghowi
przejść. Najwyraźniej Galbatorixa niecierpliwiła nasza przydługa
nieobecność.
Pójdę z tobą, zaproponowałem.
Nie.
Wkrótce ucichł pogłos kroków mego człowieka, nawet nasze myśli odsunęły
się nieco – w pałacu wszystko znajdowało się pod absolutną kontrolą
władcy. Przysiadłem na schodach, zły i pełen obaw. Kątem oka łowiłem
natrętne spojrzenia wartowników. Warczałem na nich z obnażonymi kłami.
Drgnęli i odwrócili wzrok.
Wytężyłem wszystkie siły, by nawiązać kontakt z Murtaghiem. Jak przez
mgłę docierały do mnie dalekie echa rozmowy...
- ...spróbowałem – głos Murtagha był spokojny, nie znoszący wątpliwości
ani sprzeciwu. - Jednak moje umiejętności okazały się niewystarczające.
Najpierw nastąpił wybuch gniewu, prawdziwy szał. Potem nienaturalna
cisza. Przypomniałem sobie pierwsze spotkanie z królem, jego czarne,
przenikliwe oczy, i dreszcz przebiegł mi po grzbiecie...
Przekaz osłabł nagle, jakby mój jeździec zablokował umysł. Coś było nie
w porządku. Połączyłem z Murtaghiem siły, przeczuwając najgorsze. I
wówczas cały zamek zachwiał się w posadach... nie, to ja upadłem,
uderzając głową o kamienną nawierzchnię... Ryknąłem rozdzierająco,
czując, jak ból rozszarpuje mi wnętrzności. Usiłowałem wstać, lecz
mogłem jedynie zamachać skrzydłami i tłuc na oślep ogonem. Przekrwionymi
oczami ujrzałem zdezorientowanych gwardzistów, trzymających broń w
pogotowiu. Jeden cudem odskoczył zanim, rzucając się spazmatycznie,
nadziałem go na jeden z kolców...
Wtedy rozbłysło czerwone światło i powoli zacząłem tracić przytomność.
Bardzo powoli.
-by Miranda |
|