Saphira.pl - Dziedzictwo - Eragon - Najstarszy - Saphira - Brisingr
 
- Home
- Forum
- Czat
- Galeria
- Konkursy
- Linki
- Download
- Gazeta Brisingr
- Archiwum
- Redakcja
- Eragon
- Najstarszy
- Brisingr
- 4 tom
- Przewodnik po Alagaesii
- Audiobook
- Fragmenty
- Recenzje
- Dla zielonych
- Opinie

- Christopher Paolini
- Rozdziały
- Cytaty
- Mapa
- Bohaterowie
- Rasy
- Pradawna mowa
- Język krasnoludów
- Język urgali

- Przepowiednie
- Teorie
- Informacje
- Ekipa
- Aktorzy
- Zdjęcia
- Muzyka
- Zwiastun
- Błędy
- Ciekawostki
- Informacje
- Screeny
- Błędy
- Fatalne dziewictwo
- Czarny Jeździec
- Cierń
- W służbie króla
- Du Fyrn Skulblaka
- Wiersze
- Rysunki

Cierń

Część dziewiąta: Dziedzictwo


Leżałem na zimnym kamieniu, a Murtagh usadowił się na mojej ugiętej nodze. Przez chwilę bezwiednie uderzał paznokciem o jedną z czerwonych łusek pokrywających mój bok. Zbierał myśli.
Zastygłem w oczekiwaniu., ogrzewając mego jeźdźca wewnętrznym ogniem, jaki miałem w sobie. Nie ponaglałem go.
Wkrótce poczułem przepływające przez nasze znów połączone umysły strumienie myśli, wrażeń i wspomnień. Twarze, miejsca i wszystko to, co dotąd trawiło duszę mojego człowieka, wezbrało nagle w jedną falę, jak zrywająca tamy, rozszalała rzeka. I poczułem, jakby wszystkie bezsenne noce zlały się w jedną nieskończoną ciemność... Zagubiłem się w niej, tonąłem, jednocześnie zyskując zrozumienie.
W dłoni mego jeźdźca zalśnił Zar'roc. Przeszył mnie dziwny dreszcz, kiedy spojrzałem na błyszcząca klingę o krwistym odcieniu, idealnie pasującym do barwy moich łusek. Murtagh siedział jak zaczarowany, wodząc palcem po rękojeści, gładząc owal klejnotu. Było w tym mieczu coś, co przyciągało uwagę, jednocześnie zatruwając myśli.
Martwiłem się o mojego człowieka. Oto trzymał w dłoni broń, która niegdyś rozcięła jego plecy, napiętnowała go... Pożądał jej i nienawidził.
Po co go zabrałeś?, zapytałem, zmrużywszy oczy. Raził mnie czerwony poblask miecza..
To moje dziedzictwo, odparł.
Poczułem się dziwnie przytłoczony goryczą tych słów. Ich echo zadudniło w naszych głowach lawiną skojarzeń. W zamyśleniu ponownie zerknąłem na ostrze Zar'roca. Dostrzegłem tam płonące domy, twarze zarzynanych ludzi, ryki mordowanych smoków. Ze wstrętem odwróciłem głowę.
Murtagh uśmiechnął się posępnie, mruknął coś do siebie.
Czyż mogłem postąpić inaczej? - zaczął po chwili, patrząc mi prosto w oczy. Nie było w nim niczego prócz smutku. Jestem synem Morzana, najwierniejszego z Zaprzysiężonych. Należał mi się. Poza tym.. nie mogłem zostawić go Eragonowi...
Chciałem dowiedzieć się, dlaczego, lecz wyprzedził moje pytanie.
On jest taki...niewinny. Tak pochłonięty swoim zadaniem! Nie powinien mieć wątpliwości. Rozumiesz?
Tak, odparłem. Teraz wiedziałem już wszystko, pojąłem naszą rolę w tym dziwacznym przedstawieniu. To my jesteśmy tą złą stroną...
W tym świecie nie ma miejsca na szarość. Tylko czerń i biel.


Położyłem łeb na ziemi, dotykając brodą jego nogi. Pogłaskał mnie po nosie, przyjmując przeprosiny. Zrozumiał, że musiałem wiedzieć.
- Obaj musimy się jeszcze wiele nauczyć - rzekł Murtagh . - Powinienem bardziej ci ufać.
Zamruczałem po kociemu i przeciągnąłem się, jednak moje wnętrzności szarpał nienazwany lęk.
Co teraz z nami będzie?, zapytałem, uświadomiwszy sobie jego źródło. Przyszłość – do tej pory choć odrobinę przewidywalną – przesłoniły ciemne chmury.
Mój jeździec wzruszył ramionami.
Nikt tego nie wie. Jednak mam wrażenie, że wszystko, co się dotąd wydarzyło, zmierzało do miejsca, w którym teraz jesteśmy, do tej chwili.
Murtagh wstał, schował Zar'roca do pochwy. Rozprostowałem skrzydła, rozsypując wokół deszcz zamarzniętych kropelek. Mój jeździec wzdrygnął się z zimna i bez słowa wdrapał na siodło. Przez chwilę szarpałem pazurami śnieg , rozgarniałem kamienie, by rozruszać zdrętwiałe mięśnie i przygotować miejsce do startu.
Wznieśliśmy się w chłodne, wietrzne niebo, ciągnąc za sobą biały wir śniegowych płatków. Uderzałem skrzydłami powoli, ociężale, tak, jak biegły teraz moje myśli. Samotna Skała pozostała daleko w tyle, podobnie pasma szarych szczytów i, gdyby nie gęste chmury, jakie nas otuliły, ujrzelibyśmy łąki oraz lasy, rozciągnięte w dole.
Milczeliśmy. Skręciłem i wyrwałem się z wilgotnej masy chmur, wprost w różowe od świtu niebo. Promienie słońca pełzały po moich łuskach – przypominałem rubinową iskrę, mknącą nad budzącą się do życia ziemią. Murtagh westchnął. Przyjemne ciepło wnikało w nasze ciała, jednak duszą wstrząsały lodowate dreszcze.
Patrzyłem na migotliwe tasiemki rzek, na zielone i żółte pasy pól, na czarne rżyska i ciemne lasy. Pomyślałem wówczas - sam nie wiem, skąd mi to przyszło do głowy – że bardzo nie chcę umierać...
Jeszcze nie nadszedł nasz czas, skomentował mój jeździec, a jego oczy rozbłysły osobliwym blaskiem.


Im bardziej zbliżaliśmy się do stolicy, tym niebo stawało się ciemniejsze, a nasze głowy bardziej ociężałe. Martwiłem się o Murtagha, o to, jak Galbatorix zareaguje na nasze zuchwalstwo.
Minęliśmy zewnętrzne mury miasta. Zniżyłem lot na tyle, iż mogłem rozpoznać twarze poszczególnych żołnierzy. Leciałem nad szeroką aleją, prowadzącą do pałacu króla. Podążało nią kilku konnych, którzy wyraźnie zmieszali się na mój widok. Zmrużyłem oczy i machnąłem ogonem tuż nad ich głowami. Wierzchowce spłoszyły się, zrzucając jeźdźców z siodeł. Jeden z koni poniósł w kręte uliczki, poślizgnął się na wilgotnym bruku i runął na bok z opętańczym rżeniem.
Murtagh uśmiechnął się kącikami ust, reszta jego twarzy pozostała kamienna. Wzbiłem się wyżej, już trochę
spokojniejszy, po czym wylądowałem na ogromnych, kamiennych schodach, przy łuku pałacowych drzwi. Potrząsnąłem głową i załopotałem skrzydłami, aż peleryny strzegących wejścia gwardzistów uniosły się na wywołanej w ten sposób wichurze.
Mój Jeździec zsunął się po mej ugiętej nodze. Strażnicy obrzucili mnie niechętnymi spojrzeniami, po czym rozstąpili się, pozwalając Murtaghowi przejść. Najwyraźniej Galbatorixa niecierpliwiła nasza przydługa nieobecność.
Pójdę z tobą, zaproponowałem.
Nie.
Wkrótce ucichł pogłos kroków mego człowieka, nawet nasze myśli odsunęły się nieco – w pałacu wszystko znajdowało się pod absolutną kontrolą władcy. Przysiadłem na schodach, zły i pełen obaw. Kątem oka łowiłem natrętne spojrzenia wartowników. Warczałem na nich z obnażonymi kłami. Drgnęli i odwrócili wzrok.
Wytężyłem wszystkie siły, by nawiązać kontakt z Murtaghiem. Jak przez mgłę docierały do mnie dalekie echa rozmowy...
- ...spróbowałem – głos Murtagha był spokojny, nie znoszący wątpliwości ani sprzeciwu. - Jednak moje umiejętności okazały się niewystarczające.
Najpierw nastąpił wybuch gniewu, prawdziwy szał. Potem nienaturalna cisza. Przypomniałem sobie pierwsze spotkanie z królem, jego czarne, przenikliwe oczy, i dreszcz przebiegł mi po grzbiecie...
Przekaz osłabł nagle, jakby mój jeździec zablokował umysł. Coś było nie w porządku. Połączyłem z Murtaghiem siły, przeczuwając najgorsze. I wówczas cały zamek zachwiał się w posadach... nie, to ja upadłem, uderzając głową o kamienną nawierzchnię... Ryknąłem rozdzierająco, czując, jak ból rozszarpuje mi wnętrzności. Usiłowałem wstać, lecz mogłem jedynie zamachać skrzydłami i tłuc na oślep ogonem. Przekrwionymi oczami ujrzałem zdezorientowanych gwardzistów, trzymających broń w pogotowiu. Jeden cudem odskoczył zanim, rzucając się spazmatycznie, nadziałem go na jeden z kolców...
Wtedy rozbłysło czerwone światło i powoli zacząłem tracić przytomność. Bardzo powoli.

-by Miranda

Google

Poprzednie sondy




Copyright © KiMA 2005-2009

:) :) :) xD