Saphira.pl - Dziedzictwo - Eragon - Najstarszy - Saphira - Brisingr
 
- Home
- Forum
- Czat
- Galeria
- Konkursy
- Linki
- Download
- Gazeta Brisingr
- Archiwum
- Redakcja
- Eragon
- Najstarszy
- Brisingr
- 4 tom
- Przewodnik po Alagaesii
- Audiobook
- Fragmenty
- Recenzje
- Dla zielonych
- Opinie

- Christopher Paolini
- Rozdziały
- Cytaty
- Mapa
- Bohaterowie
- Rasy
- Pradawna mowa
- Język krasnoludów
- Język urgali

- Przepowiednie
- Teorie
- Informacje
- Ekipa
- Aktorzy
- Zdjęcia
- Muzyka
- Zwiastun
- Błędy
- Ciekawostki
- Informacje
- Screeny
- Błędy
- Fatalne dziewictwo
- Czarny Jeździec
- Cierń
- W służbie króla
- Du Fyrn Skulblaka
- Wiersze
- Rysunki

Cierń

Część dwunasta: Łowy

Ten powinien coś wiedzieć. Wygląda na dowódcę wyższej rangi.
Murtagh potwierdził moje spostrzeżenie skinieniem głowy. Przysunął się bliżej, przeklinając nieznaczny odgłos potrącanych stopami kamieni.
Znajdowaliśmy się na szerokim skalnym nawisie, skąd mogliśmy obserwować trakt bez obaw, iż zostaniemy odkryci. Przechodzący tamtędy oddział Vardenów był czwartym i największym, z jakim zetknęliśmy się do tej pory.
W ciszy przysłuchiwaliśmy się rozmowom, a przede wszystkim myślom żołnierzy, poszukując jakiejkolwiek wzmianki o miejscu pobytu Nasuady, o jej planach i ewentualnych podróżach. Nie natknęliśmy się na nikogo, kto był na tyle ważny w szeregach buntowników, aby posiadać interesujące nas informacje.
Aż do teraz…
Mój jeździec poruszył się niespokojnie, przejęty, najpewniej z powodu jakiejś niepokojącej myśli jednego z dowódców oddziału. Na wszelki wypadek powiodłem czujnym wzrokiem po okolicy, sprawdzając, czy nikt lub nic nie pokrzyżuje naszych planów. Nie zostaliśmy dostrzeżeni. W skupieniu czekałem na umówiony znak.
Murtagh odwrócił się pospiesznie w moją stronę i jednym zgrabnym susem zajął miejsce w siodle. Nie tracił czasu na zapinanie uprzęży, klepnął mnie tylko, nakazując gotowość do działania.
Kapitan wkroczył prosto w przygotowaną przez nas zasadzkę. Mój jeździec zaatakował go mentalnie z taką siłą, iż nieszczęsny mężczyzna przystanął na moment, oburącz chwytając się za głowę. Nie okazał się jednak bezradny – już wcześniej przekonaliśmy się, że dowódcy Vardenów potrafią nie tylko rozpoznawać magiczne wtargnięcie do swego umysłu, ale i skutecznie się przed nim bronić. Po początkowym szoku, zaatakowany odgrodził się od nas solidną barierą, jednocześnie alarmując swoich podwładnych o nadchodzącym zagrożeniu.
Wtedy przyszła kolej na mój ruch. Przysiadłem na tylnych nogach i odepchnąłem się potężnie od zbocza, strącając trzymany w przednich łapach wielki głaz prosto w kotłujących się w wąwozie ludzi. Kilku żołnierzy zostało zmiażdżonych, pozostali rozpaczliwie usiłowali uformować obronny szyk. Przede wszystkim jednak nagły wstrząs spowodowany upadkiem skały rozproszył uwagę naszego celu na tyle, by Murtagh bez przeszkód opanował jego umysł.
Łap go!, polecił z uśmiechem mój jeździec, kiedy dotarł do odsłoniętych pokładów myśli dowódcy.
Popędziłem w dół, napawając się przerażeniem jakie wywoływaliśmy wśród wrogów Imperium. Żołnierze, nawet najodważniejsi, instynktownie odskakiwali na boki, widząc moją zębatą paszczę, zbliżającą się błyskawicznie w ich kierunku. Wyłowienie kapitana spośród spanikowanego tłumu przypominało mi polowanie na jelenie, oddzielanie od stada wybranej, najbardziej smakowitej sztuki.
Schwyciłem żołnierza przednią łapą i zacisnąłem szpony w taki sposób, aby nie uczynić mu krzywdy i jednocześnie uniemożliwić choćby najmniejszy ruch. Dowódca nie szamotał się ani nie krzyczał w moim uścisku, zbyt przejęty bólem jaki zadawał mu Murtagh, penetrujący umysł Vardena w poszukiwaniu najważniejszych informacji.
Wzniosłem się wyżej, by wykonać swobodny nawrót. Potem opadłem na szeroko rozpostartych skrzydłach ku zbitym w gromadkę ludziom, przypominającym stadko osaczonych kuropatw. Zaledwie kilka włóczni pofrunęło mi na spotkanie.
Pamiętaj: żadnych świadków, zakomenderował Murtagh. Po tonie i swobodzie jego wypowiedzi odgadłem, że zadanie zostało wykonane.
Wziąłem głęboki wdech i wyplułem z trzewi strumień żaru. Mój jeździec dołączył do tego ognistego oddechu, zwielokrotniając magicznie jego potęgę. Huk buchających dookoła płomieni był tak głośny, że zagłuszył krzyki palonych żywcem Vardenów.
Zapach krwi i zwęglonych tkanek uderzył w nasze nozdrza z niebywałą intensywnością, odurzał, wywoływał zawroty głowy. Po raz kolejny poczuliśmy smak triumfu, dawaliśmy gwałtowny pokaz siły – miażdżącej, gardzącej wszelkimi objawami bezradności.
Bezradności, której tak nienawidziliśmy.
Zamiatałem powietrze zamaszystymi ruchami skrzydeł, wznosząc się wyżej i wyżej, aż zawisłem nad wierzchołkami drzew porastających obficie stoki południowej części łańcucha Kośćca. Dowódca Vardenów, poparzony i zmaltretowany, jęknął boleśnie w moim uścisku. Na skinienie Murtagha rozprostowałem palce, pozwalając jeńcowi wypaść z uchwytu.
Poczuliśmy, że Galbatorix jest zadowolony. I dopiero wtedy zaciążyły nam nasze czyny…
Patrzyliśmy przez chwilę, jak żołnierz spada, obracając się od uderzeń pędzącego powietrza i machając bezradnie rękami. Byliśmy jednak zbyt wysoko, by ujrzeć moment, w którym roztrzaskał się o kamieniste zbocze.

Patrolowaliśmy trakt z tak znacznej wysokości, że przypadkowy obserwator uznałby mnie jastrzębia, balansującego radośnie pośród ciepłego, popołudniowego powietrza. Sylwetki zwierząt i ludzi przemierzających równinę, małe i niewiele znaczące, przypominały mi wątłe mrówki wypełzające z trzewi popękanej ziemi.
Nawet nie musiałem poruszać skrzydłami, tak idealnie dopasowałem się do ruchów powietrznych mas, zagęszczających się i przelewających w górze. Wyprężyłem grzbiet, czując przyjemne łaskotanie słonecznych promieni, rozlewających błogie ciepło po naszych ciałach. Było mi przyjemnie, radośnie, do tego stopnia, iż niemal zapomniałem o istocie naszej misji.
Murtagh przeciągnął się w siodle, wyrzucił nogi ze strzemion. Poczułem jak kładzie się, splótłszy ręce za głową, jak mruży oczy, pozwalając reszcie zmysłów na przejęcie kontroli nad ciałem. Dawno nie widziałem go tak spokojnego i zrelaksowanego. Zniknęło także dokuczliwe łomotanie u podstawy czaszki, huczenie myśli – własnych oraz tych narzuconych. Istniała jedynie łagodna, kołysząca cisza, a ja z całego serca pragnąłem, aby tak już pozostało.
Niechętnie przechyliłem głowę w kierunku odległego obozu Vardenów. Snuły się nad nim dymy, lecz nie były to bitewne ognie, tylko ślady zwyczajnej codziennej krzątaniny. Nie słyszałem z oddali pracujących kowali, kucharzy czy trenujących wojsk. Poprzedniego dnia obserwowałem majestatyczną błękitną sylwetkę Saphiry odrywającą się od ziemi na przeciwległym skraju obozu i mknącą w kierunku Gór Beorskich. Wszystko wskazywało na to, że Nasuada w najbliższym czasie będzie pozbawiona ochrony jeźdźca, co jeszcze ułatwiało naszą misję. Musiała czuć się bezpiecznie za wałami i umocnieniami, otoczona przez wiernych żołnierzy.
Uśmiechnąłem się pod nosem, tłumiąc chęć pojawienia się znikąd w samym środku obwarowań buntowników. Gdyby tylko wiedzieli…
Co jest?, dotarło do mnie pytanie Murtagha. Mój jeździec przeciągnął się i zapiął porozpinane rzemienie. Po krótkiej chwili znów był czujny i gotowy do działania.
Zwinąłem skrzydła po bokach ciała i zanurkowałem w nisko wiszącą chmurę, która przesłaniała nam widok. Strzepnąłem z siebie kropelki wilgoci, po czym spadłem jeszcze niżej, by widzieć najdrobniejsze szczegóły, by rozpoznać każdą pojedynczą sylwetkę wyruszającą z obozu.
Doczekaliśmy się, stwierdził mój człowiek bez entuzjazmu, wskazując na uzbrojony po zęby orszak, maszerujący południową bramą. Na razie obserwujemy.
Warknąłem cicho, bo serce wyrywało mi się do walki. Posłuchałem jednak i z powrotem wystrzeliłem w niebo, osiągając poprzednią wysokość. Oddział zmierzał w naszym kierunku, dokładnie tak, jak ustaliliśmy ze wspomnień pojmanego żołnierza.
Wtedy w moim umyśle zadzwoniło coś na kształt niepokoju, może nawet ataku złości. Zdezorientowany, zwróciłem się ku Murtaghowi, jednak mój jeździec był równie zaskoczony. Kolejne uderzenie spowodowało, że przed oczami zatańczyły nam białe płatki. Zachwiałem się na rozłożonych skrzydłach, tłumiąc nerwowy warkot. Murtagh uspokoił mnie drapaniem w nasadę szyi.
Domyślasz się, co to było? – zapytałem.
Galbatorix, zabrzmiała mentalna odpowiedź. Najwyraźniej nie tylko my sprawiamy staruszkowi kłopoty.
Uśmiechnęliśmy się lekko, bez wesołości. Nasz cel wraz z obstawą zbliżał się z każdą chwilą i zaledwie metry dzieliły jeźdźców od zetknięcia się z naszym cieniem. Murtagh westchnął.
Nie chcesz tego robić? – bardziej stwierdziłem ni zapytałem.
Nie.
Wiesz, że nie mamy wyboru?
Nie powiedział nic więcej. Rzuciłem się w dół, nabierając prędkości, i rykiem obwieściłem naszą obecność.


Spadliśmy przed nią jak czerwony huragan. Konie eskorty wierzgały w panice, kilku jeźdźców nie utrzymało się w siodłach. Pozostali padli na ziemię w drgawkach, powaleni krótkim zaklęciem.
Złożyłem skrzydła i począłem przyglądać się Nasuadzie. Zdecydowanym szarpnięciem osadziła w miejscu przestraszonego wierzchowca. Za jej plecami dostrzegłem przygarbioną czarnowłosą dziewczynkę.
Zbliżyłem się odrobinę, Murtagh uwolnił stopy ze strzemion. Przywódczyni Vardenów wzięła głęboki wdech i wyprostowała się dumnie.
- Zamierzasz mnie zabić? – zapytała. Zerknęła na swoją pasażerkę. Dziewczynka zignorowała ją. Przyglądała się nam z ciekawością i z dziwnym grymasem na twarzy.
- Może – odparł mój jeździec bez uśmiechu.
Usta Nasuady zadrżały, ręka sięgnęła po broń.
- Zatem wiedz, że nie poddam się bez walki – rzekła, zeskoczywszy z siodła.
Murtagh zsunął się po mojej nodze. Nie dobył Zar’roca, nawet nie założył hełmu. Nasuada wycelowała ostrze w pierś mojego człowieka. Obserwowałem ich uważnie, podobnie jak dziewczynka, przypatrująca się wszystkiemu z wysokości końskiego grzbietu.
Kolejny krok i jeszcze jeden. Stal świsnęła cicho, kiedy Nasuada zaatakowała. Murtagh umknął w bok przed pierwszym ciosem, a chronionym zbroją przedramieniem zasłonił się przed drugim. Przywódczyni Vardenów odskoczyła, aby ciąć silnie z półobrotu. Mój Jeździec instynktownie chwycił ostrze w dłoń. Przecięło skórzaną rękawicę i spłynęła po nim strużka ciepłej krwi.
Warknąłem ze złością i obnażyłem kły. Zdenerwowany koń zastrzygł uszami, zaś dosiadająca go dziewczynka boleśnie przełknęła ślinę.
Nasuada oddychała płytko i niespokojnie, oczy miała szeroko otwarte. Murtagh wyjął miecz z jej dłoni i odrzucił za siebie.
Stali tak przez dłuższą chwilę, patrząc na siebie w milczeniu. Dziewczynka zadrżała nagle, zgięła się w pół i zwymiotowała na ziemię.
Mój jeździec musnął twarz Nasuady zakrwawionymi palcami, zagarnął jej za ucho kosmyk włosów. Już odwracał się, by odejść, kiedy złapała go za rękę. Dziecko zatoczyło się w siodle, oburącz chwytając za brzuch.
Mruknąłem, uderzając ogonem w ziemię. W głowie tłumiłem pierwsze oznaki niecierpliwości Galbatorixa. Mój jeździec najwyraźniej poczuł to samo, gdyż wyszarpnął palce z uścisku Nasuady i odsunął się. Ze zdziwieniem patrzyłem jak czarnowłosa dziewczynka przywołuje go po imieniu. Podszedł po chwili wahania. Mała przechyliła się w siodle i szepnęła mu coś do ucha. Murtagh zmrużył oczy, a jego lewa dłoń – dłoń z moim znakiem – zacisnęła się w gniewną pięść. Skończywszy, dziecko zwinęło się w dygoczącą kulkę i zwymiotowało żółcią.
Murtagh bez słowa ruszył w moim kierunku. Minąwszy Nasuadę, dobył Zar’roca i odrąbał głowy wijącym się w drgawkach żołnierzom. Upiorna dziewczynka syknęła z bólu za naszymi plecami.
Gdy wreszcie wzbiliśmy się w powietrze, zerknęliśmy na Nasuadę. Wciąż stała przy koniu, dumna, wyprostowana. Wyglądała jak kamienna rzeźba wielkiej wojowniczki, lecz po jej policzkach spływały dwie błyszczące łzy.

-by Miranda

Google

Poprzednie sondy




Copyright © KiMA 2005-2009

:) :) :) xD