|
|
Cierń
Część dwunasta: Łowy
Ten powinien coś wiedzieć. Wygląda na dowódcę wyższej rangi.
Murtagh potwierdził moje spostrzeżenie skinieniem głowy. Przysunął się
bliżej, przeklinając nieznaczny odgłos potrącanych stopami kamieni.
Znajdowaliśmy się na szerokim skalnym nawisie, skąd mogliśmy obserwować
trakt bez obaw, iż zostaniemy odkryci. Przechodzący tamtędy oddział
Vardenów był czwartym i największym, z jakim zetknęliśmy się do tej
pory.
W ciszy przysłuchiwaliśmy się rozmowom, a przede wszystkim myślom
żołnierzy, poszukując jakiejkolwiek wzmianki o miejscu pobytu Nasuady, o
jej planach i ewentualnych podróżach. Nie natknęliśmy się na nikogo, kto
był na tyle ważny w szeregach buntowników, aby posiadać interesujące nas
informacje.
Aż do teraz…
Mój jeździec poruszył się niespokojnie, przejęty, najpewniej z powodu
jakiejś niepokojącej myśli jednego z dowódców oddziału. Na wszelki
wypadek powiodłem czujnym wzrokiem po okolicy, sprawdzając, czy nikt lub
nic nie pokrzyżuje naszych planów. Nie zostaliśmy dostrzeżeni. W
skupieniu czekałem na umówiony znak.
Murtagh odwrócił się pospiesznie w moją stronę i jednym zgrabnym susem
zajął miejsce w siodle. Nie tracił czasu na zapinanie uprzęży, klepnął
mnie tylko, nakazując gotowość do działania.
Kapitan wkroczył prosto w przygotowaną przez nas zasadzkę. Mój jeździec
zaatakował go mentalnie z taką siłą, iż nieszczęsny mężczyzna przystanął
na moment, oburącz chwytając się za głowę. Nie okazał się jednak
bezradny – już wcześniej przekonaliśmy się, że dowódcy Vardenów potrafią
nie tylko rozpoznawać magiczne wtargnięcie do swego umysłu, ale i
skutecznie się przed nim bronić. Po początkowym szoku, zaatakowany
odgrodził się od nas solidną barierą, jednocześnie alarmując swoich
podwładnych o nadchodzącym zagrożeniu.
Wtedy przyszła kolej na mój ruch. Przysiadłem na tylnych nogach i
odepchnąłem się potężnie od zbocza, strącając trzymany w przednich
łapach wielki głaz prosto w kotłujących się w wąwozie ludzi. Kilku
żołnierzy zostało zmiażdżonych, pozostali rozpaczliwie usiłowali
uformować obronny szyk. Przede wszystkim jednak nagły wstrząs
spowodowany upadkiem skały rozproszył uwagę naszego celu na tyle, by
Murtagh bez przeszkód opanował jego umysł.
Łap go!, polecił z uśmiechem mój jeździec, kiedy dotarł do odsłoniętych
pokładów myśli dowódcy.
Popędziłem w dół, napawając się przerażeniem jakie wywoływaliśmy wśród
wrogów Imperium. Żołnierze, nawet najodważniejsi, instynktownie
odskakiwali na boki, widząc moją zębatą paszczę, zbliżającą się
błyskawicznie w ich kierunku. Wyłowienie kapitana spośród spanikowanego
tłumu przypominało mi polowanie na jelenie, oddzielanie od stada
wybranej, najbardziej smakowitej sztuki.
Schwyciłem żołnierza przednią łapą i zacisnąłem szpony w taki sposób,
aby nie uczynić mu krzywdy i jednocześnie uniemożliwić choćby
najmniejszy ruch. Dowódca nie szamotał się ani nie krzyczał w moim
uścisku, zbyt przejęty bólem jaki zadawał mu Murtagh, penetrujący umysł
Vardena w poszukiwaniu najważniejszych informacji.
Wzniosłem się wyżej, by wykonać swobodny nawrót. Potem opadłem na
szeroko rozpostartych skrzydłach ku zbitym w gromadkę ludziom,
przypominającym stadko osaczonych kuropatw. Zaledwie kilka włóczni
pofrunęło mi na spotkanie.
Pamiętaj: żadnych świadków, zakomenderował Murtagh. Po tonie i swobodzie
jego wypowiedzi odgadłem, że zadanie zostało wykonane.
Wziąłem głęboki wdech i wyplułem z trzewi strumień żaru. Mój jeździec
dołączył do tego ognistego oddechu, zwielokrotniając magicznie jego
potęgę. Huk buchających dookoła płomieni był tak głośny, że zagłuszył
krzyki palonych żywcem Vardenów.
Zapach krwi i zwęglonych tkanek uderzył w nasze nozdrza z niebywałą
intensywnością, odurzał, wywoływał zawroty głowy. Po raz kolejny
poczuliśmy smak triumfu, dawaliśmy gwałtowny pokaz siły – miażdżącej,
gardzącej wszelkimi objawami bezradności.
Bezradności, której tak nienawidziliśmy.
Zamiatałem powietrze zamaszystymi ruchami skrzydeł, wznosząc się wyżej i
wyżej, aż zawisłem nad wierzchołkami drzew porastających obficie stoki
południowej części łańcucha Kośćca. Dowódca Vardenów, poparzony i
zmaltretowany, jęknął boleśnie w moim uścisku. Na skinienie Murtagha
rozprostowałem palce, pozwalając jeńcowi wypaść z uchwytu.
Poczuliśmy, że Galbatorix jest zadowolony. I dopiero wtedy zaciążyły nam
nasze czyny…
Patrzyliśmy przez chwilę, jak żołnierz spada, obracając się od uderzeń
pędzącego powietrza i machając bezradnie rękami. Byliśmy jednak zbyt
wysoko, by ujrzeć moment, w którym roztrzaskał się o kamieniste zbocze.
Patrolowaliśmy trakt z tak znacznej wysokości, że przypadkowy obserwator
uznałby mnie jastrzębia, balansującego radośnie pośród ciepłego,
popołudniowego powietrza. Sylwetki zwierząt i ludzi przemierzających
równinę, małe i niewiele znaczące, przypominały mi wątłe mrówki
wypełzające z trzewi popękanej ziemi.
Nawet nie musiałem poruszać skrzydłami, tak idealnie dopasowałem się do
ruchów powietrznych mas, zagęszczających się i przelewających w górze.
Wyprężyłem grzbiet, czując przyjemne łaskotanie słonecznych promieni,
rozlewających błogie ciepło po naszych ciałach. Było mi przyjemnie,
radośnie, do tego stopnia, iż niemal zapomniałem o istocie naszej misji.
Murtagh przeciągnął się w siodle, wyrzucił nogi ze strzemion. Poczułem
jak kładzie się, splótłszy ręce za głową, jak mruży oczy, pozwalając
reszcie zmysłów na przejęcie kontroli nad ciałem. Dawno nie widziałem go
tak spokojnego i zrelaksowanego. Zniknęło także dokuczliwe łomotanie u
podstawy czaszki, huczenie myśli – własnych oraz tych narzuconych.
Istniała jedynie łagodna, kołysząca cisza, a ja z całego serca
pragnąłem, aby tak już pozostało.
Niechętnie przechyliłem głowę w kierunku odległego obozu Vardenów. Snuły
się nad nim dymy, lecz nie były to bitewne ognie, tylko ślady zwyczajnej
codziennej krzątaniny. Nie słyszałem z oddali pracujących kowali,
kucharzy czy trenujących wojsk. Poprzedniego dnia obserwowałem
majestatyczną błękitną sylwetkę Saphiry odrywającą się od ziemi na
przeciwległym skraju obozu i mknącą w kierunku Gór Beorskich. Wszystko
wskazywało na to, że Nasuada w najbliższym czasie będzie pozbawiona
ochrony jeźdźca, co jeszcze ułatwiało naszą misję. Musiała czuć się
bezpiecznie za wałami i umocnieniami, otoczona przez wiernych żołnierzy.
Uśmiechnąłem się pod nosem, tłumiąc chęć pojawienia się znikąd w samym
środku obwarowań buntowników. Gdyby tylko wiedzieli…
Co jest?, dotarło do mnie pytanie Murtagha. Mój jeździec przeciągnął się
i zapiął porozpinane rzemienie. Po krótkiej chwili znów był czujny i
gotowy do działania.
Zwinąłem skrzydła po bokach ciała i zanurkowałem w nisko wiszącą chmurę,
która przesłaniała nam widok. Strzepnąłem z siebie kropelki wilgoci, po
czym spadłem jeszcze niżej, by widzieć najdrobniejsze szczegóły, by
rozpoznać każdą pojedynczą sylwetkę wyruszającą z obozu.
Doczekaliśmy się, stwierdził mój człowiek bez entuzjazmu, wskazując na
uzbrojony po zęby orszak, maszerujący południową bramą. Na razie
obserwujemy.
Warknąłem cicho, bo serce wyrywało mi się do walki. Posłuchałem jednak i
z powrotem wystrzeliłem w niebo, osiągając poprzednią wysokość. Oddział
zmierzał w naszym kierunku, dokładnie tak, jak ustaliliśmy ze wspomnień
pojmanego żołnierza.
Wtedy w moim umyśle zadzwoniło coś na kształt niepokoju, może nawet
ataku złości. Zdezorientowany, zwróciłem się ku Murtaghowi, jednak mój
jeździec był równie zaskoczony. Kolejne uderzenie spowodowało, że przed
oczami zatańczyły nam białe płatki. Zachwiałem się na rozłożonych
skrzydłach, tłumiąc nerwowy warkot. Murtagh uspokoił mnie drapaniem w
nasadę szyi.
Domyślasz się, co to było? – zapytałem.
Galbatorix, zabrzmiała mentalna odpowiedź. Najwyraźniej nie tylko my
sprawiamy staruszkowi kłopoty.
Uśmiechnęliśmy się lekko, bez wesołości. Nasz cel wraz z obstawą zbliżał
się z każdą chwilą i zaledwie metry dzieliły jeźdźców od zetknięcia się
z naszym cieniem. Murtagh westchnął.
Nie chcesz tego robić? – bardziej stwierdziłem ni zapytałem.
Nie.
Wiesz, że nie mamy wyboru?
Nie powiedział nic więcej. Rzuciłem się w dół, nabierając prędkości, i
rykiem obwieściłem naszą obecność.
Spadliśmy przed nią jak czerwony huragan. Konie eskorty wierzgały w
panice, kilku jeźdźców nie utrzymało się w siodłach. Pozostali padli na
ziemię w drgawkach, powaleni krótkim zaklęciem.
Złożyłem skrzydła i począłem przyglądać się Nasuadzie. Zdecydowanym
szarpnięciem osadziła w miejscu przestraszonego wierzchowca. Za jej
plecami dostrzegłem przygarbioną czarnowłosą dziewczynkę.
Zbliżyłem się odrobinę, Murtagh uwolnił stopy ze strzemion. Przywódczyni
Vardenów wzięła głęboki wdech i wyprostowała się dumnie.
- Zamierzasz mnie zabić? – zapytała. Zerknęła na swoją pasażerkę.
Dziewczynka zignorowała ją. Przyglądała się nam z ciekawością i z
dziwnym grymasem na twarzy.
- Może – odparł mój jeździec bez uśmiechu.
Usta Nasuady zadrżały, ręka sięgnęła po broń.
- Zatem wiedz, że nie poddam się bez walki – rzekła, zeskoczywszy z
siodła.
Murtagh zsunął się po mojej nodze. Nie dobył Zar’roca, nawet nie założył
hełmu. Nasuada wycelowała ostrze w pierś mojego człowieka. Obserwowałem
ich uważnie, podobnie jak dziewczynka, przypatrująca się wszystkiemu z
wysokości końskiego grzbietu.
Kolejny krok i jeszcze jeden. Stal świsnęła cicho, kiedy Nasuada
zaatakowała. Murtagh umknął w bok przed pierwszym ciosem, a chronionym
zbroją przedramieniem zasłonił się przed drugim. Przywódczyni Vardenów
odskoczyła, aby ciąć silnie z półobrotu. Mój Jeździec instynktownie
chwycił ostrze w dłoń. Przecięło skórzaną rękawicę i spłynęła po nim
strużka ciepłej krwi.
Warknąłem ze złością i obnażyłem kły. Zdenerwowany koń zastrzygł uszami,
zaś dosiadająca go dziewczynka boleśnie przełknęła ślinę.
Nasuada oddychała płytko i niespokojnie, oczy miała szeroko otwarte.
Murtagh wyjął miecz z jej dłoni i odrzucił za siebie.
Stali tak przez dłuższą chwilę, patrząc na siebie w milczeniu.
Dziewczynka zadrżała nagle, zgięła się w pół i zwymiotowała na ziemię.
Mój jeździec musnął twarz Nasuady zakrwawionymi palcami, zagarnął jej za
ucho kosmyk włosów. Już odwracał się, by odejść, kiedy złapała go za
rękę. Dziecko zatoczyło się w siodle, oburącz chwytając za brzuch.
Mruknąłem, uderzając ogonem w ziemię. W głowie tłumiłem pierwsze oznaki
niecierpliwości Galbatorixa. Mój jeździec najwyraźniej poczuł to samo,
gdyż wyszarpnął palce z uścisku Nasuady i odsunął się. Ze zdziwieniem
patrzyłem jak czarnowłosa dziewczynka przywołuje go po imieniu. Podszedł
po chwili wahania. Mała przechyliła się w siodle i szepnęła mu coś do
ucha. Murtagh zmrużył oczy, a jego lewa dłoń – dłoń z moim znakiem –
zacisnęła się w gniewną pięść. Skończywszy, dziecko zwinęło się w
dygoczącą kulkę i zwymiotowało żółcią.
Murtagh bez słowa ruszył w moim kierunku. Minąwszy Nasuadę, dobył
Zar’roca i odrąbał głowy wijącym się w drgawkach żołnierzom. Upiorna
dziewczynka syknęła z bólu za naszymi plecami.
Gdy wreszcie wzbiliśmy się w powietrze, zerknęliśmy na Nasuadę. Wciąż
stała przy koniu, dumna, wyprostowana. Wyglądała jak kamienna rzeźba
wielkiej wojowniczki, lecz po jej policzkach spływały dwie błyszczące
łzy.
-by Miranda |
|