|
|
Cierń
Część pierwsza: Przebudzenie
Niespodziewany atak niepokoju przerwał mój sen. Ciemność ożyła,skurczyła
się i eksplodowała nagłym wybuchem świadomości. Czułem to, wyczuwałem
pod skórą, że nadszedł odpowiedni moment, że potem może być za późno...
Zadrżałem z podniecenia,jakie towarzyszy jedynie owej pierwotnej,
instynktownej pewności.
Nadszedł czas na przebudzenie.
Z mozołem wydostawałem się na świat. Kiedy pękła ostatnia z osłon mego
schronienia, rozejrzałem się uważnie dookoła. Mrok, rozświetlony kilkoma
świecami, wibrował czerwonym poblaskiem. Zrozumiałem, że znajduję się w
zamkniętym pomieszczeniu, zaś obok dostrzegłem błyszczący żywą barwą
oszlifowany kamień. Obwąchałem go uważnie,przechyliwszy głowę. Wewnątrz
ukrywała się podobna do mnie istota, uśpiona, oczekująca. Przez krótki
jak mgnienie moment zdołałem dotknąć umysłu jednego z moich braci.
Wówczas dotarło do mnie, iż w pomieszczeniu jest ktoś jeszcze. Chociaż
jego umysł otaczały zimne mury, wyczułem promieniujące zeń dalekie echa
skrywanych emocji – mieszaniny zmęczenia, ciekawości oraz głębokiego
smutku. Podszedłem dość niezgrabnie w stronę siedzącej pod ścianą
postaci i pojąłem,że to jej obecność przerwała mój sen.
Człowiek ów spojrzał na mnie spod plątaniny kasztanowych włosów wzrokiem
pełnym podziwu i niezrozumiałego dla mnie lęku. Podpełzłem ku
niemu,potykając się o własne skrzydła. Mężczyzna podniósł się z podłogi,
unikając kontaktu. Zbliżyłem się ponownie, nie wiedząc, czemu mnie
odrzuca. Zareagował gwałtownym ruchem, jakby usiłował mnie odpędzić.
Stałem zatem, bezradny i samotny, na środku ciemnego pokoju, wpatrzony w
ponure oblicze człowieka, dla którego się wyklułem. Mojego człowieka.
Czas mijał. Zgłodniałem, więc przemierzyłem komnatę wzdłuż i wszerz,
popiskując cicho. Mężczyzna zdawał się mnie ignorować, lecz tylko z
pozoru. Wiedziałem, że obserwuje każdy mój ruch, jednak wciąż blokował
wszelkie próby kontaktu. Pisnąłem nieco głośniej. Czułem się bardzo źle.
Niedługo potem,do wnętrza wpadli jacyś ludzie. Skryłem się w rogu izby,
by obserwować ich z odległości. Obcy, ujrzawszy resztki pękniętych
skorupek, wskazywali mnie palcami, wyraźnie podekscytowani. Kilku
podeszło do mojego człowieka. Podnieśli go z podłogi, przyłożywszy mu do
gardła zimne ostrze. Prychnąłem na nich, rozłożywszy skrzydła, co tylko
ich rozbawiło.
Intruzi otoczyli mnie, prowadząc jeńca. Wykręcili mu brutalnie rękę i,
mimo oporu mężczyzny, jego wyciągnięta pod przymusem dłoń przez moment
musnęła moją szyję. Przekaz, choć krótki, poraził nas obu. Człowiek
osunął się,nagle osłabiony, zaś obcy wywlekli go z komnaty.
Wyszczerzyłem zęby, z nozdrzy wypuściłem obłoczek dymu. Przybysze
całkowicie zignorowali moje protesty. Sięgnęli po całe jajo, po czym
wyszli, zatrzaskując drzwi.
Po długo oczekiwanym posiłku, dopadła mnie senność. Ułożyłem się na
słomie, w miejscu, gdzie wcześniej spoczywały jaja, i nagle poczułem się
straszliwie samotny. Spróbowałem skontaktować się z moim człowiekiem. Z
tym, który nosił mój znak.
Połączenie było ledwo wyczuwalne. Mężczyzna przyjął je z lękiem kogoś,
kto nie życzy sobie, by zaglądano do jego umysłu. Szybko wycofał się za
barierę, lecz przez jedną krótką chwilę poczułem jego wdzięczność.
Potem przenieśli mnie do specjalnie przygotowanego pomieszczenia. Miałem
tam w zasadzie wszystko, czego mógłbym potrzebować, oprócz mojego
człowieka...
Przychodzili tu, by sprzątać, karmili obficie, jednak nawet na moment
nie opuszczał mnie niepokój. Mój jeździec wciąż blokował kontakt. Działo
się coś niedobrego, wiedziałem to. Ból docierał do mnie niczym pogłos
pozbawiony źródła. Gdy znów nawiązaliśmy połączenie, coś się zmieniło. W
umyśle mojego człowieka skrył się nowy element, jakaś dziwna obcość,
której wcześniej tam nie spotkałem. Byłem jednak zbyt zaaferowany, aby
się nad tym zastanawiać. Przekazałem mężczyźnie moją radość i ulgę. Nie
umknął za barierę, milczał tylko. Wreszcie odpowiedział i, choć nie
znałem słów, doskonale pojąłem ich sens.
-by Miranda |
|