|
|
W służbie króla
Rozdział V: Plan
Pokój, który przydzielono kapitanowi, był przyzwoity.
Wygodne łóżko, prosty stolik, a na nim misa z wodą do mycia. Brago
znalazł też czyste ubrania, tak więc gdyby nie był jednym z
najważniejszych ludzi królestwa, zasnąłby dziś spokojnym snem. Ale był
reprezentantem króla Surdy, a to ma swoją cenę.
Nie podobała mu się cała ta sprawa z Milady. Co postanowi Parcival?
Wygląda na dobrego człowieka, ale pozory mogą mylić. A Cythus? Co robi
teraz Hersen? A ci cholerni Vardeni?
W końcu jednak myśli ucichły, a on usnął znużony swoimi wątpliwościami.
- Kapitanie Brago! Proszę się obudzić, za kwadrans narada w komnacie
dowódcy Parcivala. Życzył pan sobie, by mieć udział w jego działaniach,
więc...
- Dziękuję, żołnierzu… Będę na czas – rzucił niechętnie kapitan,
przecierając zaspane oczy. Widząc żołnierza wciąż wyprężonego na
baczność nad jego łóżkiem, powiedział:
- Odmaszerować.
- Tak jest! – oficer zasalutował, i szybko wyszedł.
Brago ubrał się, umył twarz. Wyszedł na zimny, mroczny korytarz. Wczoraj
dokładnie poznał budynek miejskich koszar. Parcival miał kwaterę na tym
samym piętrze, co kapitan swój nocleg. Szybkim krokiem mijał pogrążone w
mroku drzwi, kilka razy skręcił, w końcu znalazł się przed wielkimi
wrotami do siedzimy wodza straży. Pchnął je, i żwawo wszedł do środka.
Zalała go fala światła, które dostawało się tu przez duże otwarte okno
naprzeciwko wejścia. Na środku komnaty stał wielki drewniany stół, a
wokół niego kilku mężczyzn, w czerwonych mundurach. Zapewne, byli to
niżsi dowódcy straży miasta. Pomiędzy nimi stał Parcival.
- Witaj, kapitanie.
- Witaj kapitanie Parcivalu.
Kapitan podszedł do stołu, stanął naprzeciwko Parcivala; stół miał przed
sobą.
- Czekaliśmy na ciebie, kapitanie Brago. Pozwól, że przedstawię ci
sytuację.
Wskazał gestem na stół. Na blacie rozciągnięta była wielka mapa, a
właściwie plan; zapewne rozkład kanałów.
- Oto kanały miasta Dauth. Dowiedziałem się, że Milady przetrzymywana
jest właśnie gdzieś w podziemiach.
-Skąd ta pewność?
- To oczywiste – znaczącym wzrokiem spojrzał na kapitana - Wiemy już,
kto porwał Lady Alarice; to gildia Regtar. Jeden z naszych ludzi
przeniknął w ich szeregi, i dowiedział się, że jest ona więziona w
kanałach. Ich przywódca; niejaki Rykan, chce zmusić władczynię do
podpisania pewnego paktu; dokumentu, który pozwoli gildii przejąć władzę
w mieście. Musimy działać szybko; a nawet bardzo szybko. Moja propozycja
jest prosta; schodzimy pod ziemię, by uratować Milady.
Brago ledwie się rozbudził, a już poddano jego umysł ciężkiej próbie.
- No tak… podejrzewałem to. Tak czy inaczej… Cokolwiek zrobimy; Rykan
nie może się zorientować w naszych działaniach, ma zbyt wielu żołnierzy.
Chyba nikt z nas nie chce, by doszło tu do rzezi… Może… Mam pomysł.
Użyjcie pretekstu, by wszystkich ich strażników skupić w jednym miejscu;
na powierzchni miasta. By kontrolować ich ruchy, i odciąć pomoc dla tych
z podziemia. Możecie powiedzieć na przykład, że prosicie o pomoc w
poszukiwaniach Alarice. Zbierzecie ich wszystkich na rynku, urządzicie
im jakąś przemowę, czy tam trening; cokolwiek. Cały plac otoczycie
żołnierzami, żeby ich zatrzymać na wypadek, jakby chcieli odejść. Ja,
wtedy kiedy ta cała szopka się zacznie, zejdę wraz z grupą… no powiedzmy
dziesięciu twoich ludzi na dół, żeby znaleźć Alarice. Kiedy z nią
wrócimy, twoi ludzie aresztują wszystkich żołnierzy gildii pod zarzutem
zdrady. Wprowadź też godzinę straży, obywatele mają siedzieć w domach. W
czasie tego całego przedstawienia, może dojść do zamieszek.
- Ale naprawdę, trzeba robić całe to zebranie? Po co ich trzymać w
jednym miejscu? Możemy obstawić wejścia do kanałów, albo po prostu zejdź
tam potajemnie, i…
- A znamy wszystkie wejścia? Wybaczcie panowie, ale nie chcę, by
zaalarmowane przez Rykana oddziały gildii wkroczyły do podziemi wtedy,
gdy ja tam będę. Jeśli poprosimy o pomoc, ich wódz, zobaczy nasze
zaufanie; udawane zaufanie. Widząc, że niby prosimy go o wsparcie, wyśle
wszystkich ludzi, by kontrolować nasze zamiary. Weźmie nas za idiotów,
będzie się chełpił naszą naiwnością. Lady zostanie bez ochrony,
załatwimy tych kilku strażników, co będą jej strzec.
- Ten plan wymaga dwóch dowódców. – zauważył jeden z ludzi po prawej
stronie kapitana.
Brago powoli uniósł wzrok znad mapy, i spojrzał na Parcivala.
- Parcivalu, ty zostaniesz tutaj, jako wódz akcji. Ja, i twoi ludzie
pójdziemy do kanałów, by odbić Alarice. Wyruszymy, gdy zebranie na dobre
się rozpocznie.
- A jeśli nie zdążymy, a jeśli już podpisała pakt?
- To go potargamy – kapitan pozwolił sobie na nikły uśmieszek. Na widok
miny Parcivala spoważniał.
- Tak czy owak, ścigamy się z czasem.
- Ile go potrzebujesz?
- Co najmniej dwie godziny… kanały są rozległe.
Parcival zaczął wydawać niezbędne rozkazy.
***
Brago, oraz oddział dziesięciu strażników Dauth szli przez mroczne
kanały pod miastem. Przejście było wąskie, ściany zbudowane z rzecznego
kamienia stykały się u góry w kolebkowy strop. Towarzyszył im szmer
wody, oraz przykry zapach ścieków. Każdy trzymał latarnię, ale nawet i
to nie rozjaśniało mroku. Kapitan szedł na czele pochodu. Prowadził on
swoją grupę kolejno do największych pomieszczeń w podziemnym labiryncie,
mając nadzieję, że w jednym z nich natknie się na Lady Alarice. Czuł
niepokój. Sprawdzili już pięć, z siedmiu takich pomieszczeń, a wszystkie
z nich były puste. Brago obawiał się, że nieprzyjaciel ich odkrył, że
wyprowadził zakładniczkę. Modlił się w duchu, o powodzenie wypadu.
Zatrzymał wszystkich. Znaleźli się na zakręcie, który zgodnie z mapą
powinien być blisko szóstej większej sali.
- Cicho – szepnął. Słychać było ludzkie krzyki z daleka, w kapitanie
odżyła nadzieja. Ruszyli. Kiedy minęli zakręt, stanęli w korytarzu
oświetlonym przez światło wypływające z otwartego pomieszczenia. Brago
dał innym znak, żeby się skradali. Odłożyli latarnie, po cichu wyjęli
miecze z pochew, po czym skradali się w stronę jasnego wejścia. Słychać
było stamtąd krzyki; jakiś mężczyzna krzyczał ochrypłym głosem.
- Ostrzegałem cię, ale ty nie chciałaś słuchać. Teraz, albo podpiszesz
ten cholerny papier, albo poderżnę ci gardło, a wtedy i tak Dauth będzie
moje! Daję ci wybór, nie zmarnuj tego.
- Nigdy. Nigdy nie zdradzę króla, łotrze.
Brago od razu rozpoznał głos Milady. Wychylił głowę do środka. Lady
siedziała przywiązana do drewnianego krzesła, przed nią stał Rykan,
właściwie chodził, krzyczał i wymachiwał rękami. Był to wysoki,
barczysty mężczyzna; z pewnością wielki wojownik. Pod ścianami byli
strażnicy, około siedmiu. Kapitan Czuł ulgę, ale i niepokój. Była w
niebezpieczeństwie. Trzeba działać.
- Suko! Przekonasz się więc, jak kończą wrogowie Imperium!
Brago wszedł do komnaty.
- Stać! Ja; kapitan Brago w służbie Orrina, zatrzymuję Rykana, oraz
obecnych tu mężczyzn pod zarzutem zdrady stanu. Rzucić broń! Wszyscy.
Do środka wbiegli ludzie Parcivala, żołnierze Rykana czekali na znak.
Lider Regtaru powoli odwrócił głowę w stronę kapitana i jego ludzi,
śmiejąc się przy tym głośno.
- Bo co? Co może mi zrobić wielki kaptan w służbie Orrina, hę? – to, w
jaki sposób wypowiedział ostatnie parę słów, przekonało Brago o tym, że
Rykan darzy go czczą pogardą. Ale nie to rozgniewało kapitana, lecz
obraza w stronę jego królewskiej mości.
- Rzuć broń gnido.
- Zabić ich wszystkich!
Brago bez zastanowienia rzucił się w stronę Alarice. Przyszedł tu po
nią, a nie po to by bawić się mieczem. Błyskawicznie odwiązał krępujące
ją więzy, i wskazał wyjście.
- Uciekaj!
Zniknęła w mroku. Na znak kapitana, jeden z ludzi rzucił się za Alarice,
by ją chronić. Bezpieczna. Uniósł miecz. Walka pomiędzy oddziałami była
wyrównana, jednak gdy Brago ujrzał jak zacięcie walczy Rykan, to on stał
się pierwszym jego celem. Podszedł, zamachnął się mieczem, i
zdecydowanie uderzył w jego klingę; wyzwanie. Dowódca gildii przyjął je
z kpiącym uśmiechem. W tej chwili, na całym świecie istniał dla kapitana
tylko przeciwnik, oraz miecz. Rykan zbił miecz Brago, po czym pchnął
ostrzem, celując w brzuch kapitana. Ten uskoczył szybko, zrobił wielki
zamach, i uderzył prosto w uniesioną broń wroga. Posypały się iskry.
Wstęp zakończony. Walka nabrała większego rozmachu, i dynamiki. Rykan
poruszał się na mocnych nogach, robił posuwiste, stabilne kroki, całym
ciałem dodawał siły swemu ostrzu. Walka z nim okazała się dla Brago nie
lada wyzwaniem. Z trudem odbijał jego ataki, czuł że przegrywa. Jednak
uśmiechnął się do niego los; mistrz popełnił błąd. Jedno draśnięcie
mieczem z zewnątrz sprawiło, że przez ułamek sekundy, w obronie Rykana
powstała luka. Kapitan bezlitośnie ją wykorzystał. Jednym, zdecydowanym
ciosem oddzielił jego głowę od reszty ciała. Dalej pamiętał już tylko
krzyki, zgrzyt stali, krew i radość ze zwycięstwa. Wyszli na
powierzchnię.
***
Wszystko potoczyło się zgodnie z planem. Lady, wraz z jednym ze
strażników przedostała się do miasta. Po śmierci Rykana, poddali się
podlegli mu żołnierze. W mieście nie doszło do zamieszek, wszystko
odbyło się szybko i gładko. Lady doprowadziła się do porządku, po czym
przemówiła do ludzi. Brago nie słuchał; euforia po walce nie pozwoliła
mu się skoncentrować. On także wyspał się, odpoczął, i wieczorem opuścił
miasto. Chciał jak najszybciej zobaczyć ukochany Aberon. Lady podarowała
mu srebrny pierścień z godłem miasta, w dowód wdzięczności. Kapitan stał
się prawdziwym bohaterem.
W czasie podróży, Brago dowiedział się, że Milady wyjawiła poddanym całą
prawdę, co uznał to za nierozważne. W kanałach, ani na powierzchni o
dziwo nie zginął żaden strażnik Dauth. Kapitan sam nie wierzył w tak
wielkie powodzenie swojego planu. Po czterech dniach, w południe, ujrzał
ukochany Aberon.
Gdy przejeżdżał bramy miasta, widok znajomej metropolii niemile go
zaskoczył. W mieście już byli Vardeni. Tłok i hałas, były dwa razy
większe niż zwykle. Nawet upał, wydawał się bardziej dokuczliwy. Brago
uśmiechnął się do siebie.
Kocham kłopoty.
Dotarli do bram zamku, tutaj kapitan podziękował swoim towarzyszom.
Zostawił Sztyleta w stajni, i wszedł do fortecy. Miło było znów słyszeć
powitania znanych żołnierzy. Choć wielu było nieznajomych, co nie
oddawali mu czci salutem, jak widać go nie znali. W Borromeo było tak
jak w mieście; jakby kij wetknął w mrowisko. Kapitan nie przyglądał się
temu jednak zbytnio, oględziny zostawiając na później. Odruchowo
podszedł do drzwi sali tronowej króla. Strażnicy wpuścili go od razu.
Orrin stał przy wielkim stole, pełnym map, zwojów, i przyrządów
kreślarskich, dziwne; ale w komnacie był sam.
- Witaj, wasza wysokość.
Król odwrócił się do Brago powoli, jakby ospale. Był dziwnie smutny, nie
uśmiechnął się jak zawsze.
- Witaj, kapitanie Brago… Generale!
Zza kotar za tronem wyłonił się nie kto inny, jak sam Cythus. Kapitan
przybrał na twarz wyraz ulgi, i radości. Sam czuł jedynie zdziwienie.
Milczał; nie wiedział co powiedzieć, a i tak nie ufał własnemu głosowi.
Orrin skinął Cythusowi na nieme zapytanie. Ten podszedł do Brago z
wyrazem dziwnego triumfu na twarzy.
- Kapitanie Brago, w imię jego królewskiej mości Orrina, jesteś
aresztowany.
Pojawili się żołnierze.
-by
Feomathar |
|