|
|
CZARNY JEŹDZIEC
Rozdział V
Rodgar z Roslarbem przybyli do miasta o świcie dwa dni po
przebudzeniu Elanor. Od kiedy zobaczyła ich po raz pierwszy,
przeczuwała, że źle się dzieje w Dolinie Smoczych Władców. Stary elf,
mimo dziesiątek pytań którymi go obrzucała, w ciągu całego śniadania nie
odezwał się ani słowem. W końcu, kiedy umyli już naczynia i wrócili do
sali jadalnej, spojrzał na podopieczną i westchnął.
- Miałaś rację, Dolina jest zagrożona przez fantazje elfów. Rozmawiałem
z nimi, próbowałem interweniować, ale nie udało mi się ich przekonać do
zmiany zamiarów.
Elanor zwiesiła głowę. Jeśli mistrz Rodgar niczego nie wskórał, to
znaczy że już nikt nie ma szans zmienić losów dzikich smoków.
Elf widząc minę młodej Jeźdźczyni, przytulił ją mocno.
- Nie martw się, nie wszystko jeszcze stracone. Przekonałem ich, żeby
przygotowali się lepiej do opuszczenia doliny, co bardzo opóźni
wyruszenie posłańca do Surdy. Jeśli będziesz się wystarczająco
przykładać do nauki i przejdziesz w przyspieszonym tempie szkolenie,
niedługo będziemy mogli opuścić Vroengard i walczyć z Galbatorixem.
- Nie możemy tego zrobić teraz? – odwróciła głowę w stronę opiekuna. –
dwaj Jeźdźcy mogą przesądzić sprawę wojny!
- Chcesz wyrwać się do walki i zaraz trafić do rąk króla? Nic cię nie
nauczył ostatni atak Ra’zaków?
Wiedziała, że ma rację. A jednak tak bardzo chciała pomóc! Coś w środku
mówiło jej, że jest potrzebna w Górach Jałowych, tymczasem musiała
siedzieć tutaj, ukryta przed wzrokiem całego świata... Ten chłopak,
Eragon, walczył już w bitwie, bronił suwerenności Vardenów, ona tym
czasem...
Rodgar wstał i zwrócił się w stronę drzwi. Jakby czytając w myślach
dziewczyny, uśmiechnął się i powiedział spokojnym tonem:
- Podczas podróży doszły mnie słuchy, że Smoczy Jeździec Eragon wraz ze
swoją smoczycą Saphirą od około półtora miesiąca szkolą się pod bacznym
okiem elfów w Ellesmerze, ukryci potężnymi czarami przed kimkolwiek, kto
mógłby zakłócić jego naukę. Mam nadzieję, że fakt, iż Stolica Smoczych
Jeźdźców nawet bez mojej interwencji jest naznaczona magią znacznie
potężniejszą, pomoże ci zrozumieć, jak ważni jesteście dla przyszłości
całego kraju. O zachodzie słońca chcę was oboje widzieć przy południowej
bramie miasta.
Kiwnęła głową. A więc dzisiaj rozpocznie się jej szkolenie... Mimowolnie
uśmiechnęła się sama do siebie. Już niedługo będzie mogła stawić czoła
Galbatorixowi i uwolnić Fricai.
„Sirvan, wracasz już?” – wychodząc z jadalni przywołała smoka, który o
świcie wyleciał na polowanie.
„Będę za kilka minut. Wyjdź przed pałac”.
Szybkim krokiem przemierzyła wielki zamek. Kiedy minęła olbrzymi, ciemny
hall i wyszła na zewnątrz, oślepiło ją światło wyjątkowo mocno
świecącego tego dnia słońca. Znajdowała się u wrót fortecy Vroengardu,
do której prowadziły setki schodów. Z tej wysokości widziała z góry
bramę wejściową i cały trakt doń prowadzący, znikający dopiero w cieniu
gór.
Słysząc znajomy szum skrzydeł nadlatującego Sirvana uśmiechnęła się
szeroko. Smok wylądował u podnóża schodów, gdzie niegdyś rozpoczynały
się budynki, a dziś leżały jedynie ich gruzy.
„Gdzie dzisiaj lecimy?” – Dziewczyna lekkimi krokami zeskakiwała ze
schodów, patrząc ciemnymi oczyma na przyjaciela. Od kiedy tu przybyli,
codziennie zabierał ją na wycieczkę po wyspie, pokazując coraz to nowe
jej zakątki.
„Dzisiaj poprowadzimy małe śledztwo. Wskakuj na mój grzbiet – lecimy
prawie nad samo morze.”
Usadowiła się wygodnie na czarnym grzbiecie smoka. Zmarszczyła brwi
starając się dowiedzieć, jakie też śledztwo mają prowadzić. Okazało się
jednak, że smok ukrył tą wiadomość w najbardziej niedostępnej części
umysłu. Po kilku minutach Elanor zaprzestała prób, zastanawiając się nad
tym, co przyjaciel jej powiedział.
„O zachodzie słońca musimy być z powrotem tutaj. Zdążymy dolecieć do
morza a potem znów do miasta?”
W środku głowy usłyszała śmiech Sirvana.
„Nie doceniasz mnie, moja mała. Nie tylko zdążymy wrócić, ale też
będziemy mogli trochę pozostać na plaży.”
Słowa smoka wywołały w niej falę gorąca. Jeszcze nigdy nie widziała
morza, ani tym bardziej nie była na plaży. Wiedziała, że gdzieś na
zachód od Doliny Smoczych Władców znajduje się wielka, nie zdobyta przez
nikogo woda, ale nigdy nawet nie potrafiła sobie wyobrazić, jak mogłaby
ona wyglądać. Tymczasem teraz znajdowała się na wyspie i gdziekolwiek by
nie poszła, w końcu i tak dotarłaby do oceanu.
„Jest tutaj piaszczysta plaża?” – spytała Sirvana siląc się na obojętny
ton.
„Niestety, jeszcze takiej nie znalazłem. Ta wyspa jest zbudowana z
samych kamieni, więc wybrzeże także jest kamieniste.”
Zwiesiła głowę. Szkoda, chętnie poczułaby pod nogami morski piasek. Boso
po kamieniach biegała od urodzenia, więc kamienista plaża nie będzie dla
niej tak wielkim przeżyciem...
Nie wiedziała ile lecieli. Zaabsorbowana własnymi
rozmyślaniami nawet nie zauważyła, jak Sirvan zaczął opadać coraz niżej.
Dopiero kiedy zaczął mocno pikować, ocknęła się i złapała za jeden z
kolców.
„Obudziłaś się, śpiąca królewno?” – smok wyszczerzył kły w uśmiechu i
wyrównał lot. Dopiero teraz Elanor zaczęła dostrzegać gdzie się
znajduje. Jakieś osiemset stóp pod nimi wzburzone fale uderzały o
kamienne podłoże, wydając tak upajający odgłos, że dziewczyna zaczęła
znów zapadać się we własne marzenia. Przerwał je dopiero Sirvan,
zawracając na północ.
„Spójrz pod siebie” – Elanor wychyliła się i wytężyła wzrok. Na brzegu,
wśród skał zacumowana była mała łódź ze zwiniętym żaglem.
„Możesz wylądować na plaży?” – spytała przyjaciela podniecona nowym
odkryciem.
Smok skinął łbem i już po chwili zaczął zataczać kręgi nad ziemią. Po
chwili dziewczyna zeskoczyła z grzbietu bestii i podbiegła do łodzi. W
środku nie było nic, jeśli nie liczyć okruszków chleba i kilku skrawków
materiału.
„Tu było ognisko” – Sirvan wskazał łbem na małą kupkę spalonego drewna.
Dziewczyna w kilku skokach znalazła się obok smoka i uklękła przy
ugaszonym ognisku.
- Ktoś tu był jakieś pół dnia temu. Jeśli teraz wyruszymy, może go
dogonimy. Tylko... skąd będziemy wiedzieć w którą stronę poszli?
Oczy Sirvana zwęziły się niebezpiecznie.
„Kiedy wczoraj leciałem nad tym wybrzeżem, udało mi się dostrzec dwóch
mężczyzn. Nie zachowywali się bynajmniej, jakby znali wyspę. A jeśli nie
chcą się zgubić, będą podążać traktem...”
Elanor klasnęła w ręce i czym prędzej wdrapała się na grzbiet
przyjaciela. Mimo, że była tu tak krótko, zdołała dowiedzieć się bardzo
ważnej rzeczy: Na wyspie była tylko jedna kamienna droga.
Prowadziła do stolicy.
_ _ _ _ _ _
„Ale przecież to niemożliwe, żeby tak po prostu
wyparowali! Muszą gdzieś tu być!”
Irytacja dziewczyny wzrastała z każdą minutą. Słońce zaczynało powoli
chylić się ku zachodowi, a oni nadal nie znaleźli tajemniczych
przybyszów.
„Nie martw się, księżniczko” – Sirvan wyszczerzył kły w smoczym
uśmiechu. – „Jakkolwiek by nie szli, i tak kiedyś ich spotkamy. Nie
sądzę, by zmierzali gdzieś indziej, niż do Doru Areaba.”
„Tak, wiem, ale to takie denerwujące! Przez dwie godziny krążyliśmy nad
traktem i kompletnie nikogo nie zauważyliśmy! Myślisz, że zostali na
plaży?”
„Nie... wyczuwałem ich zapach jakieś cztery mile stąd. Teraz
prawdopodobnie już nas wyprzedzili...”
„Co radzisz?”
Smok roześmiał się i wypuścił z nosa kłąb dymu.
„Wrócimy na rozpoczęcie szkolenia i poczekamy na naszych gości.”
„Powiemy mistrzowi?”
„Nie, on już na pewno o nich wie...”
Sirvan obniżył lot. Już po chwili przed
oczyma Elanor ukazały się ruiny miasta. Przy południowej bramie dał się
widzieć zielony smok, którego skąpane w promieniach słońca łuski
pobłyskiwały wesoło, tworząc kolorowe refleksy na szarych murach
obronnych.
- Stań na tamtym pniu. – Kiedy wylądowali, Rodgar podszedł do Elanor i
wskazał na pień po ściętym drzewie. Dziewczyna kiwnęła tylko głową i
podniecona perspektywą pierwszego dnia szkolenia lekko wskoczyła na
pozostałości po wielkim dębie. Spojrzała w niebo, na którym majaczyły
olbrzymie sylwetki dwóch oddalających się w stronę gór smoków.
- Co teraz, mistrzu?
Elf uśmiechnął się i podał jej lśniący zielenią miecz.
- Chwyć miecz w prawą dłoń i wyprostuj łokieć. Ostrze ma być skierowane
dokładnie przed ciebie, pod kątem prostym do ciebie i pnia.
Na twarzy Elanor odbiło się lekkie zdziwienie, jednak posłusznie
wykonała polecenie mistrza. Spojrzała na niego pytająco, czekając na
kolejne wskazówki. Elf jednak usiadł na trawie i jakby nigdy nic zaczął
wpatrywać się w mury miasta.
Nie wiedziała ile minęło czasu. Prawdę powiedziawszy, nawet się nad tym
nie zastanawiała. Ręka bolała ją niemiłosiernie, w końcu mięśnie nie
wytrzymały i ramieniem wstrząsnęły dreszcze. Próbując nie myśleć o
mieczu, który nadal trzymała przed sobą w idealnie prostej dłoni,
zaczęła przysłuchiwać się naukom, jakie udzielał Roslarb Sirvanowi na
stokach gór.
Nagle, sylwetka mistrza Rodgara lekko się poruszyła. Elanor natychmiast
skupiła się z powrotem na mieczu, pozostawiając smocze rozważania gdzieś
na granicy umysłu.
- Mam nadzieję, że elfy nauczyły cię podstaw wiedzy ogólnej? – brwi
srebrnowłosego elfa uniosły się lekko.
- Eee... no tak, mistrzu...
Spojrzała na starego Jeźdźca z nadzieją. Sto razy bardziej wolała
odpowiadać na pytania, niż nadal trzymać ciężkie narzędzie walki.
Najwyraźniej jednak elf nie przewidział taryfy ulgowej, bo po kilku,
może kilkunastu sekundach spojrzał na nią przenikliwym wzrokiem i rzekł:
- Wyobraź sobie taką sytuację: Jesteś po ciężkiej walce, w której
poważnie ranny został Twój smok. Nie możesz użyć magii, a liczne rany na
ciele twojego partnera obficie krwawią. Co robisz?
Zdziwiona i zdezorientowana spojrzała na Rodgara. Ma mu powiedzieć
teraz? Trzymając miecz w rozdygotanej ręce? Przecież to jakiś żart!
Najwyraźniej jednak elf nie zauważył w tej sytuacji nic śmiesznego, bo
nadal z kamienną twarzą spoglądał jej prosto w oczy, najwyraźniej
oczekując inteligentnej odpowiedzi. Westchnęła i zaczęła przywoływać w
pamięci lekcje medycyny elfa Anudila. Dopiero po chwili, ciągle starając
się nie myśleć o uporczywym bólu w ramieniu, zdała sobie sprawę, że
leczenie smoków nie może być tym samym co pomaganie ludziom czy elfom.
Przed oczyma stanął jej obraz Fricai i innych smoków, które przecież
często bywały chore czy ranne. Nie minęło kilka sekund, a już znała
odpowiedź na pytanie zadane przez mistrza.
Ale na jednym pytaniu się nie skończyło. Po medycynie nadszedł czas na
rozpoznawanie ziół i ich właściwości, czytanie pogody z ruchu gwiazd i
rodzaje broni. Około drugiej w nocy pojawiła się nadzieja na koniec
wypytywania, kiedy to siwy elf wstał z ziemi, ale Jeźdźiec kazał jej
jedynie przełożyć miecz do drugiej ręki i oznajmił, że za chwilę
przyjdzie, udając się w stronę miasta. Nie wracał tak przez pół godziny,
a kiedy wreszcie pojawił się, zaczął zadawać kolejne pytania, tym razem
z historii.
Z tym Elanor nie poszło już tak łatwo. Anudil przez wszystkie lata uczył
ją tylko tego, co ewidentnie wskazywało, że zarówno ludzie jak i elfy są
złymi sprzymierzeńcami Galbatorixa i że tylko oni, mieszkańcy Doliny
mogą pokonać złego władcę. Rodgar najwyraźniej jednak zdawał sobie
sprawę z indoktrynacji której chcąc nie chcąc ulegała Elanor, bo
cierpliwie tłumaczył jej wszystkie zagadnienia, nie przejawiając przy
tym ani krzty złości czy zirytowania.
Skończyli o świcie. Stary elf pomógł zdrętwiałej Elanor zejść z pnia i
ruszyli razem do miasta. Kiedy doszli do zamku, zmęczona do granic
możliwości dziewczyna stwierdziła, że nie ma siły niczego jeść i że
jedyną rozsądną rzeczą, którą może teraz zrobić, jest długi sen. Kiedy
więc przyczołgała się na szczyt wieży, w której mieszkała, nie myśląc o
niczym innym niż o odpoczynku położyła się w łóżku. Już po chwili
przeniosła się do krainy sennych marzeń.
Słońce stało już wysoko nad horyzontem, kiedy Rodgar pojawił się w
sypialni Elanor. Elf uśmiechnął się lekko widząc śpiącą dziewczynę i
usiadł w rogu jej łóżka. Jakby na komendę młoda Jeźdźczyni otworzyła
oczy.
- Coś się stało? – spytała zaspanym głosem.
Mistrz pokiwał przecząco głową.
- Nie, Elanor. Postanowiłem cię obudzić, bo Roslarb z Sirvanem już
polecieli w góry, a nas także czeka dużo pracy.
Dziewczyna westchnęła czując tępy ból w ramionach po wielogodzinnym
trzymaniu miecza.
- Mam przyjść przed główną bramę?
Siwy elf uśmiechnął się, słysząc zmęczony ton w głosie podopiecznej.
- Nie tym razem. We wschodnim skrzydle zamku znajduje się dobrze
zachowana biblioteka. Tam się spotkamy za pół godziny, dobrze?
Skinęła głową i gdy tylko stary elf wyszedł, wstała i ruszyła w
olbrzymiej łaźni znajdującej się przy pokoju na wieży.
Czysta i rozbudzona postanowiła coś zjeść. Zbiegła więc do wielkiej
jadalni, skąd udała się do kuchni. Za każdym razem kiedy tu wchodziła
zastanawiała się, jak to możliwe, że pomimo niemal pustego zamku,
jedzenia nie zabrakłoby i dla całego miasta. Co najciekawsze, owoce
nigdy nie psuły, pieczywo pojawiało się na bieżąco i zawsze smakowało
jakby było dopiero co wyciągnięte z pieca. Jednym słowem – kuchnia
marzeń.
Kiedy już najadła się do syta, chwyciła do ręki jedno jabłko i pobiegła
w stronę wschodniego skrzydła, gdzie czekał już na nią Rodgar. Mistrz
powitał ją chłodnym skinieniem głowy. Kiedy usiadła naprzeciw stołu,
przy którym elf studiował jakieś pisma, Jeździec wskazał na kilka zwoi
leżących na innym podłużnym stole.
- Chciałbym, żebyś to przeczytała. Powiedz, kiedy skończysz.
Bez słowa zabrała się za studiowanie pism. Z tego co zauważyła, były to
rękopisy samych Jeźdźców, prawiące o prawach i obowiązkach smoczych
rycerzy jak również przedstawiające wszystkie rytuały i ceremonie na
dworze Vroengardu.
Czytanie zajęło jej około półtora godziny. W tym czasie Rodgar cały czas
z kamienną miną studiował zwój, przepisując coś na inny pergamin. Nie
mijało jednak nawet kilka minut, a wszystko, co jeszcze przed chwilą
napisał zostało zmazane, a elf od początku studiował nieznany zwój,
choć, jak mogłoby się wydawać, powinien znać go już na pamięć.
Po ukończeniu swojej pracy Elanor przez chwile przypatrywała się dziwnej
pracy opiekuna, po kilku minutach jednak, pewna, że Jeździec nie życzy
sobie, by ktoś zaglądał w jego notatki, wstała i położyła własne zwoje
naprzeciwko pracującego mistrza.
- Skończyłam. – oznajmiła krótko.
Elf jakby wytrącony z głębokiego snu spojrzał na nią zdziwiony, ale już
po chwili na powrót przywołał kamienny wyraz twarzy i powiedział:
- A więc teraz opowiedz mi o tym, czego się dowiedziałaś.
Przez dobre pół godziny dziewczyna opowiadała o najważniejszych
punktach, które zwróciły jej uwagę podczas czytania. W końcu, kiedy
skończyła, Rodgar wstał i po chwili zniknął wśród olbrzymich półek
pełnych zwojów. Dziewczyna już miała iść za nim, kiedy w oczy rzucił jej
się studiowany jeszcze przed chwilą przez elfa pergamin. Był to wiersz
lub jakaś pieśń. Nie wiedziała dokładnie, bo trudno było odczytać coś do
góry nogami. Ale akurat to nie było ważne. Bardziej istotne było JAK
został napisany.
Oto leżał przed nią pergamin zapełniony smoczymi runami.
Nie zbaczając na dobra wychowanie, Elanor odwróciła pergamin i zanurzyła
się w tekście.
„Nie pierwszy Świt wstał pośród gór
Nie pierwszy Świt oblał morze.
Lecz pierwszy Pan, Potężny stwór
Do Gwiazd się zwraca w pokorze...”
- Wolałbym, byś zajęła się czymś bardziej kształcącym, niż runy, których
nie da się odczytać – podskoczyła, słysząc surowy głos mentora.
Odwróciła się. Elf trzymał w dłoniach kilka zwojów i wpatrywał się w nią
dziwnym wzrokiem. – Twoim zadaniem na dzisiejszy dzień będzie
przestudiowanie tych pism.
Wzięła od Rodgara papirusy i ruszyła w stronę wyjścia, ciągle myśląc o
niedoczytanej pieśni. W końcu, męczona sprzecznymi uczuciami odwróciła
się. Sędziwy elf znów zasiadł przy stole i marszcząc brwi studiował
tajemnicze pismo.
- Eee... mistrzu?
Uniósł głowę znad tekstu.
- Coś się stało?
- Nie... to znaczy... – nie wiedziała, jak może zareagować na jej słowa.
– chciałam zapytać, czy kiedy skończysz studiować tą pieśń... czy
mogłabym ją też przeczytać?
Spojrzał na nią dziwnym, nieodgadnionym wzrokiem.
- To dzieło z prywatnej kolekcji samego Vraela. Zazwyczaj nie pisywał
pieśni, tylko poematy, eseje... nie można wnioskować by była to pieśń,
zwłaszcza, że nie wiemy o czym jest. Vrael nigdy nie posługiwał się tymi
dziwnymi runami, tym bardziej trudno będzie nam wydedukować o co mu tym
razem chodziło. Oczywiście, mogę dać ci ten tekst nawet teraz, ale i tak
nie jesteśmy w stanie nic z niego odczytać.
Uśmiechnęła się smutno i podeszła do mistrza. Jeszcze raz spojrzała na
pergamin, przeczesując linijki smoczych runów. Dopiero po chwili
zwróciła uwagę na ważny szczegół. Przypomniała sobie słowa, które kiedyś
wypowiedziała Fricai.
„Żaden ludzki atrament nie mógłby zapisać smoczej mowy. Dlatego właśnie
uczę cię jej na piasku, który jest częścią natury, częścią świata... a
więc także częścią słów, które wypowiadamy i które stają się
rzeczywistością.”
Kompletnie zapominając o siedzącym obok mistrzu przypatrzyła się znakom.
Musiało minąć kilka sekund, zanim dotarła do niej oszołamiająca prawda.
- To krew... – wyszeptała. – Vrael zapisał tekst pieśni własną krwią...
Ale dlaczego? Dlaczego tak mu zależało na przekazaniu tej pieśni
potomnym? Pokręciła głową w zdumieniu. Nie, on nie chciał jej nikomu
przekazywać. Gdyby tak było, zapisałby ją w mowie elfów. Czyli chciał ją
ukryć...
Ogarnięta mieszanymi uczuciami zaczęła wczytywać się w runy. Pieśń
mówiła o potężnym stworzeniu – prawdopodobnie pierwszym smoku, który
żyjąc w świecie pełnym harmonii zapragnął czegoś innego. Gwiazdy go
usłuchały – zesłały cień, który powoli zaczął ogarniać całą krainę.
Smoki zaczęły walczyć ze sobą, ubiegać się o status najpotężniejszego,
aż w końcu okazało się, że zostało ich tak niewiele, że wkrótce
przestaną stanowić panów, ojców świata w którym żyją. Ten Najstarszy,
chcąc zakończyć bezsensowne walki, przyznał się do przywołania wojny i
śmierci nad krainę, jednak jego słowa odwróciły się przeciw niemu.
Został zabity w nierównej walce, a jego ciało zostało pochowane w oddali
od serca kraju tak, by wszyscy mogli zapomnieć o wszystkich
nieszczęściach, które sprowadził.
Niestety, spory się nie zakończyły. Wręcz przeciwnie, wybuchła wojna,
która była jeszcze gorsza od wszystkich poprzednich. Najpotężniejsi
ścierali się w kolejnych bitwach i mimo, że na horyzoncie zaczęło
pojawiać się światło, które mogło sprowadzić nowy dzień, bez zła i
cierpienia, to oni nie chcieli go zauważyć.
I wtedy właśnie powstał z martwych ten, którego przed setkami lat
pochowali. Odbudował stolicę, wzmocnił swą potęgę i ruszył po wolność.
A kiedy już ją zwrócił, nie mógł powrócić do wiecznego pokoju.
Powierzając swym dzieciom władzę udał się za ocean, by następnego dnia
pojawić się na firmamencie jako najjaśniejsza z gwiazd...
Z podziwem spojrzała na dzieło rąk i umysłu Vraela. Ta historia była
taka prawdziwa, taka... oczywista. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że ten
Smok... że to wszystko działo się naprawdę. Zwróciła wzrok na mistrza,
który ciągle się jej przyglądał.
- Ty to rozumiesz. – wyszeptał zduszonym szeptem.
Pokiwała głową. Elf spojrzał w zadumie na pergamin. Chwycił go w swoje
długie palce i podał dziewczynie.
- Weź go, Elanor. Vrael na pewno wiedział co robi, pisząc coś w tym
dziwnym języku. Myślę, że ten zwój powinien należeć do ciebie.
Ze wzruszeniem odebrała pergamin od Jeźdźca. Nie wiedziała co
powiedzieć. Właśnie otrzymała jeden z najpiękniejszych utworów o jakich
słyszała. Była pewna, że jest on także najwartościowszy.
„Elanor” – usłyszała nagle w głowie głos Sirvana. – „Spójrz w stronę
głównej bramy.
Bez słowa podeszła do wielkiej okiennicy. Z trudem otwarła ją i
wychyliła głowę.
Do stolicy Smoczych Jeźdźców wchodziło właśnie dwóch ludzi. Tych samych,
których łódź znaleźli dzień wcześniej na wybrzeżu.
by N.K. |
|