Saphira.pl - Dziedzictwo - Eragon - Najstarszy - Saphira - Brisingr
 
- Home
- Forum
- Czat
- Galeria
- Konkursy
- Linki
- Download
- Gazeta Brisingr
- Archiwum
- Redakcja
- Eragon
- Najstarszy
- Brisingr
- 4 tom
- Przewodnik po Alagaesii
- Audiobook
- Fragmenty
- Recenzje
- Dla zielonych
- Opinie

- Christopher Paolini
- Rozdziały
- Cytaty
- Mapa
- Bohaterowie
- Rasy
- Pradawna mowa
- Język krasnoludów
- Język urgali

- Przepowiednie
- Teorie
- Informacje
- Ekipa
- Aktorzy
- Zdjęcia
- Muzyka
- Zwiastun
- Błędy
- Ciekawostki
- Informacje
- Screeny
- Błędy
- Fatalne dziewictwo
- Czarny Jeździec
- Cierń
- W służbie króla
- Du Fyrn Skulblaka
- Wiersze
- Rysunki

CZARNY JEŹDZIEC
Rozdział V

Rodgar z Roslarbem przybyli do miasta o świcie dwa dni po przebudzeniu Elanor. Od kiedy zobaczyła ich po raz pierwszy, przeczuwała, że źle się dzieje w Dolinie Smoczych Władców. Stary elf, mimo dziesiątek pytań którymi go obrzucała, w ciągu całego śniadania nie odezwał się ani słowem. W końcu, kiedy umyli już naczynia i wrócili do sali jadalnej, spojrzał na podopieczną i westchnął.
- Miałaś rację, Dolina jest zagrożona przez fantazje elfów. Rozmawiałem z nimi, próbowałem interweniować, ale nie udało mi się ich przekonać do zmiany zamiarów.
Elanor zwiesiła głowę. Jeśli mistrz Rodgar niczego nie wskórał, to znaczy że już nikt nie ma szans zmienić losów dzikich smoków.
Elf widząc minę młodej Jeźdźczyni, przytulił ją mocno.
- Nie martw się, nie wszystko jeszcze stracone. Przekonałem ich, żeby przygotowali się lepiej do opuszczenia doliny, co bardzo opóźni wyruszenie posłańca do Surdy. Jeśli będziesz się wystarczająco przykładać do nauki i przejdziesz w przyspieszonym tempie szkolenie, niedługo będziemy mogli opuścić Vroengard i walczyć z Galbatorixem.
- Nie możemy tego zrobić teraz? – odwróciła głowę w stronę opiekuna. – dwaj Jeźdźcy mogą przesądzić sprawę wojny!
- Chcesz wyrwać się do walki i zaraz trafić do rąk króla? Nic cię nie nauczył ostatni atak Ra’zaków?
Wiedziała, że ma rację. A jednak tak bardzo chciała pomóc! Coś w środku mówiło jej, że jest potrzebna w Górach Jałowych, tymczasem musiała siedzieć tutaj, ukryta przed wzrokiem całego świata... Ten chłopak, Eragon, walczył już w bitwie, bronił suwerenności Vardenów, ona tym czasem...
Rodgar wstał i zwrócił się w stronę drzwi. Jakby czytając w myślach dziewczyny, uśmiechnął się i powiedział spokojnym tonem:
- Podczas podróży doszły mnie słuchy, że Smoczy Jeździec Eragon wraz ze swoją smoczycą Saphirą od około półtora miesiąca szkolą się pod bacznym okiem elfów w Ellesmerze, ukryci potężnymi czarami przed kimkolwiek, kto mógłby zakłócić jego naukę. Mam nadzieję, że fakt, iż Stolica Smoczych Jeźdźców nawet bez mojej interwencji jest naznaczona magią znacznie potężniejszą, pomoże ci zrozumieć, jak ważni jesteście dla przyszłości całego kraju. O zachodzie słońca chcę was oboje widzieć przy południowej bramie miasta.
Kiwnęła głową. A więc dzisiaj rozpocznie się jej szkolenie... Mimowolnie uśmiechnęła się sama do siebie. Już niedługo będzie mogła stawić czoła Galbatorixowi i uwolnić Fricai.
„Sirvan, wracasz już?” – wychodząc z jadalni przywołała smoka, który o świcie wyleciał na polowanie.
„Będę za kilka minut. Wyjdź przed pałac”.
Szybkim krokiem przemierzyła wielki zamek. Kiedy minęła olbrzymi, ciemny hall i wyszła na zewnątrz, oślepiło ją światło wyjątkowo mocno świecącego tego dnia słońca. Znajdowała się u wrót fortecy Vroengardu, do której prowadziły setki schodów. Z tej wysokości widziała z góry bramę wejściową i cały trakt doń prowadzący, znikający dopiero w cieniu gór.
Słysząc znajomy szum skrzydeł nadlatującego Sirvana uśmiechnęła się szeroko. Smok wylądował u podnóża schodów, gdzie niegdyś rozpoczynały się budynki, a dziś leżały jedynie ich gruzy.
„Gdzie dzisiaj lecimy?” – Dziewczyna lekkimi krokami zeskakiwała ze schodów, patrząc ciemnymi oczyma na przyjaciela. Od kiedy tu przybyli, codziennie zabierał ją na wycieczkę po wyspie, pokazując coraz to nowe jej zakątki.
„Dzisiaj poprowadzimy małe śledztwo. Wskakuj na mój grzbiet – lecimy prawie nad samo morze.”
Usadowiła się wygodnie na czarnym grzbiecie smoka. Zmarszczyła brwi starając się dowiedzieć, jakie też śledztwo mają prowadzić. Okazało się jednak, że smok ukrył tą wiadomość w najbardziej niedostępnej części umysłu. Po kilku minutach Elanor zaprzestała prób, zastanawiając się nad tym, co przyjaciel jej powiedział.
„O zachodzie słońca musimy być z powrotem tutaj. Zdążymy dolecieć do morza a potem znów do miasta?”
W środku głowy usłyszała śmiech Sirvana.
„Nie doceniasz mnie, moja mała. Nie tylko zdążymy wrócić, ale też będziemy mogli trochę pozostać na plaży.”
Słowa smoka wywołały w niej falę gorąca. Jeszcze nigdy nie widziała morza, ani tym bardziej nie była na plaży. Wiedziała, że gdzieś na zachód od Doliny Smoczych Władców znajduje się wielka, nie zdobyta przez nikogo woda, ale nigdy nawet nie potrafiła sobie wyobrazić, jak mogłaby ona wyglądać. Tymczasem teraz znajdowała się na wyspie i gdziekolwiek by nie poszła, w końcu i tak dotarłaby do oceanu.
„Jest tutaj piaszczysta plaża?” – spytała Sirvana siląc się na obojętny ton.
„Niestety, jeszcze takiej nie znalazłem. Ta wyspa jest zbudowana z samych kamieni, więc wybrzeże także jest kamieniste.”
Zwiesiła głowę. Szkoda, chętnie poczułaby pod nogami morski piasek. Boso po kamieniach biegała od urodzenia, więc kamienista plaża nie będzie dla niej tak wielkim przeżyciem...

 

Nie wiedziała ile lecieli. Zaabsorbowana własnymi rozmyślaniami nawet nie zauważyła, jak Sirvan zaczął opadać coraz niżej. Dopiero kiedy zaczął mocno pikować, ocknęła się i złapała za jeden z kolców.
„Obudziłaś się, śpiąca królewno?” – smok wyszczerzył kły w uśmiechu i wyrównał lot. Dopiero teraz Elanor zaczęła dostrzegać gdzie się znajduje. Jakieś osiemset stóp pod nimi wzburzone fale uderzały o kamienne podłoże, wydając tak upajający odgłos, że dziewczyna zaczęła znów zapadać się we własne marzenia. Przerwał je dopiero Sirvan, zawracając na północ.
„Spójrz pod siebie” – Elanor wychyliła się i wytężyła wzrok. Na brzegu, wśród skał zacumowana była mała łódź ze zwiniętym żaglem.
„Możesz wylądować na plaży?” – spytała przyjaciela podniecona nowym odkryciem.
Smok skinął łbem i już po chwili zaczął zataczać kręgi nad ziemią. Po chwili dziewczyna zeskoczyła z grzbietu bestii i podbiegła do łodzi. W środku nie było nic, jeśli nie liczyć okruszków chleba i kilku skrawków materiału.
„Tu było ognisko” – Sirvan wskazał łbem na małą kupkę spalonego drewna. Dziewczyna w kilku skokach znalazła się obok smoka i uklękła przy ugaszonym ognisku.
- Ktoś tu był jakieś pół dnia temu. Jeśli teraz wyruszymy, może go dogonimy. Tylko... skąd będziemy wiedzieć w którą stronę poszli?
Oczy Sirvana zwęziły się niebezpiecznie.
„Kiedy wczoraj leciałem nad tym wybrzeżem, udało mi się dostrzec dwóch mężczyzn. Nie zachowywali się bynajmniej, jakby znali wyspę. A jeśli nie chcą się zgubić, będą podążać traktem...”
Elanor klasnęła w ręce i czym prędzej wdrapała się na grzbiet przyjaciela. Mimo, że była tu tak krótko, zdołała dowiedzieć się bardzo ważnej rzeczy: Na wyspie była tylko jedna kamienna droga.
Prowadziła do stolicy.

_ _ _ _ _ _  

„Ale przecież to niemożliwe, żeby tak po prostu wyparowali! Muszą gdzieś tu być!”
Irytacja dziewczyny wzrastała z każdą minutą. Słońce zaczynało powoli chylić się ku zachodowi, a oni nadal nie znaleźli tajemniczych przybyszów.
„Nie martw się, księżniczko” – Sirvan wyszczerzył kły w smoczym uśmiechu. – „Jakkolwiek by nie szli, i tak kiedyś ich spotkamy. Nie sądzę, by zmierzali gdzieś indziej, niż do Doru Areaba.”
„Tak, wiem, ale to takie denerwujące! Przez dwie godziny krążyliśmy nad traktem i kompletnie nikogo nie zauważyliśmy! Myślisz, że zostali na plaży?”
„Nie... wyczuwałem ich zapach jakieś cztery mile stąd. Teraz prawdopodobnie już nas wyprzedzili...”
„Co radzisz?”
Smok roześmiał się i wypuścił z nosa kłąb dymu.
„Wrócimy na rozpoczęcie szkolenia i poczekamy na naszych gości.”
„Powiemy mistrzowi?”
„Nie, on już na pewno o nich wie...”

Sirvan obniżył lot.
Już po chwili przed oczyma Elanor ukazały się ruiny miasta. Przy południowej bramie dał się widzieć zielony smok, którego skąpane w promieniach słońca łuski pobłyskiwały wesoło, tworząc kolorowe refleksy na szarych murach obronnych.
- Stań na tamtym pniu. – Kiedy wylądowali, Rodgar podszedł do Elanor i wskazał na pień po ściętym drzewie. Dziewczyna kiwnęła tylko głową i podniecona perspektywą pierwszego dnia szkolenia lekko wskoczyła na pozostałości po wielkim dębie. Spojrzała w niebo, na którym majaczyły olbrzymie sylwetki dwóch oddalających się w stronę gór smoków.
- Co teraz, mistrzu?
Elf uśmiechnął się i podał jej lśniący zielenią miecz.
- Chwyć miecz w prawą dłoń i wyprostuj łokieć. Ostrze ma być skierowane dokładnie przed ciebie, pod kątem prostym do ciebie i pnia.
Na twarzy Elanor odbiło się lekkie zdziwienie, jednak posłusznie wykonała polecenie mistrza. Spojrzała na niego pytająco, czekając na kolejne wskazówki. Elf jednak usiadł na trawie i jakby nigdy nic zaczął wpatrywać się w mury miasta.
Nie wiedziała ile minęło czasu. Prawdę powiedziawszy, nawet się nad tym nie zastanawiała. Ręka bolała ją niemiłosiernie, w końcu mięśnie nie wytrzymały i ramieniem wstrząsnęły dreszcze. Próbując nie myśleć o mieczu, który nadal trzymała przed sobą w idealnie prostej dłoni, zaczęła przysłuchiwać się naukom, jakie udzielał Roslarb Sirvanowi na stokach gór.
Nagle, sylwetka mistrza Rodgara lekko się poruszyła. Elanor natychmiast skupiła się z powrotem na mieczu, pozostawiając smocze rozważania gdzieś na granicy umysłu.
- Mam nadzieję, że elfy nauczyły cię podstaw wiedzy ogólnej? – brwi srebrnowłosego elfa uniosły się lekko.
- Eee... no tak, mistrzu...
Spojrzała na starego Jeźdźca z nadzieją. Sto razy bardziej wolała odpowiadać na pytania, niż nadal trzymać ciężkie narzędzie walki. Najwyraźniej jednak elf nie przewidział taryfy ulgowej, bo po kilku, może kilkunastu sekundach spojrzał na nią przenikliwym wzrokiem i rzekł:
- Wyobraź sobie taką sytuację: Jesteś po ciężkiej walce, w której poważnie ranny został Twój smok. Nie możesz użyć magii, a liczne rany na ciele twojego partnera obficie krwawią. Co robisz?
Zdziwiona i zdezorientowana spojrzała na Rodgara. Ma mu powiedzieć teraz? Trzymając miecz w rozdygotanej ręce? Przecież to jakiś żart!
Najwyraźniej jednak elf nie zauważył w tej sytuacji nic śmiesznego, bo nadal z kamienną twarzą spoglądał jej prosto w oczy, najwyraźniej oczekując inteligentnej odpowiedzi. Westchnęła i zaczęła przywoływać w pamięci lekcje medycyny elfa Anudila. Dopiero po chwili, ciągle starając się nie myśleć o uporczywym bólu w ramieniu, zdała sobie sprawę, że leczenie smoków nie może być tym samym co pomaganie ludziom czy elfom. Przed oczyma stanął jej obraz Fricai i innych smoków, które przecież często bywały chore czy ranne. Nie minęło kilka sekund, a już znała odpowiedź na pytanie zadane przez mistrza.  
Ale na jednym pytaniu się nie skończyło. Po medycynie nadszedł czas na rozpoznawanie ziół i ich właściwości, czytanie pogody z ruchu gwiazd i rodzaje broni. Około drugiej w nocy pojawiła się nadzieja na koniec wypytywania, kiedy to siwy elf wstał z ziemi, ale Jeźdźiec kazał jej jedynie przełożyć miecz do drugiej ręki i oznajmił, że za chwilę przyjdzie, udając się w stronę miasta. Nie wracał tak przez pół godziny, a kiedy wreszcie pojawił się, zaczął zadawać kolejne pytania, tym razem z historii.
Z tym Elanor nie poszło już tak łatwo. Anudil przez wszystkie lata uczył ją tylko tego, co ewidentnie wskazywało, że zarówno ludzie jak i elfy są złymi sprzymierzeńcami Galbatorixa i że tylko oni, mieszkańcy Doliny mogą pokonać złego władcę. Rodgar najwyraźniej jednak zdawał sobie sprawę z indoktrynacji której chcąc nie chcąc ulegała Elanor, bo cierpliwie tłumaczył jej wszystkie zagadnienia, nie przejawiając przy tym ani krzty złości czy zirytowania.
Skończyli o świcie. Stary elf pomógł zdrętwiałej Elanor zejść z pnia i ruszyli razem do miasta. Kiedy doszli do zamku, zmęczona do granic możliwości dziewczyna stwierdziła, że nie ma siły niczego jeść i że jedyną rozsądną rzeczą, którą może teraz zrobić, jest długi sen. Kiedy więc przyczołgała się na szczyt wieży, w której mieszkała, nie myśląc o niczym innym niż o odpoczynku położyła się w łóżku. Już po chwili przeniosła się do krainy sennych marzeń.  
Słońce stało już wysoko nad horyzontem, kiedy Rodgar pojawił się w sypialni Elanor. Elf uśmiechnął się lekko widząc śpiącą dziewczynę i usiadł w rogu jej łóżka. Jakby na komendę młoda Jeźdźczyni otworzyła oczy.
- Coś się stało? – spytała zaspanym głosem.
Mistrz pokiwał przecząco głową.
- Nie, Elanor. Postanowiłem cię obudzić, bo Roslarb z Sirvanem już polecieli w góry, a nas także czeka dużo pracy.
Dziewczyna westchnęła czując tępy ból w ramionach po wielogodzinnym trzymaniu miecza.
- Mam przyjść przed główną bramę?
Siwy elf uśmiechnął się, słysząc zmęczony ton w głosie podopiecznej.
- Nie tym razem. We wschodnim skrzydle zamku znajduje się dobrze zachowana biblioteka. Tam się spotkamy za pół godziny, dobrze?
Skinęła głową i gdy tylko stary elf wyszedł, wstała i ruszyła w olbrzymiej łaźni znajdującej się przy pokoju na wieży.
Czysta i rozbudzona postanowiła coś zjeść. Zbiegła więc do wielkiej jadalni, skąd udała się do kuchni. Za każdym razem kiedy tu wchodziła zastanawiała się, jak to możliwe, że pomimo niemal pustego zamku, jedzenia nie zabrakłoby i dla całego miasta. Co najciekawsze, owoce nigdy nie psuły, pieczywo pojawiało się na bieżąco i zawsze smakowało jakby było dopiero co wyciągnięte z pieca. Jednym słowem – kuchnia marzeń.
Kiedy już najadła się do syta, chwyciła do ręki jedno jabłko i pobiegła w stronę wschodniego skrzydła, gdzie czekał już na nią Rodgar. Mistrz powitał ją chłodnym skinieniem głowy. Kiedy usiadła naprzeciw stołu, przy którym elf studiował jakieś pisma, Jeździec wskazał na kilka zwoi leżących na innym podłużnym stole.
- Chciałbym, żebyś to przeczytała. Powiedz, kiedy skończysz.
Bez słowa zabrała się za studiowanie pism. Z tego co zauważyła, były to rękopisy samych Jeźdźców, prawiące o prawach i obowiązkach smoczych rycerzy jak również przedstawiające wszystkie rytuały i ceremonie na dworze Vroengardu.
Czytanie zajęło jej około półtora godziny. W tym czasie Rodgar cały czas z kamienną miną studiował zwój, przepisując coś na inny pergamin. Nie mijało jednak nawet kilka minut, a wszystko, co jeszcze przed chwilą napisał zostało zmazane, a elf od początku studiował nieznany zwój, choć, jak mogłoby się wydawać, powinien znać go już na pamięć.
Po ukończeniu swojej pracy Elanor przez chwile przypatrywała się dziwnej pracy opiekuna, po kilku minutach jednak, pewna, że Jeździec nie życzy sobie, by ktoś zaglądał w jego notatki, wstała i położyła własne zwoje naprzeciwko pracującego mistrza.
- Skończyłam. – oznajmiła krótko.
Elf jakby wytrącony z głębokiego snu spojrzał na nią zdziwiony, ale już po chwili na powrót przywołał kamienny wyraz twarzy i powiedział:
- A więc teraz opowiedz mi o tym, czego się dowiedziałaś.
Przez dobre pół godziny dziewczyna opowiadała o najważniejszych punktach, które zwróciły jej uwagę podczas czytania. W końcu, kiedy skończyła, Rodgar wstał i po chwili zniknął wśród olbrzymich półek pełnych zwojów. Dziewczyna już miała iść za nim, kiedy w oczy rzucił jej się studiowany jeszcze przed chwilą przez elfa pergamin. Był to wiersz lub jakaś pieśń. Nie wiedziała dokładnie, bo trudno było odczytać coś do góry nogami. Ale akurat to nie było ważne. Bardziej istotne było JAK został napisany.
Oto leżał przed nią pergamin zapełniony smoczymi runami.
Nie zbaczając na dobra wychowanie, Elanor odwróciła pergamin i zanurzyła się w tekście.  
„Nie pierwszy Świt wstał pośród gór
Nie pierwszy Świt oblał morze.
Lecz pierwszy Pan, Potężny stwór
Do Gwiazd się zwraca w pokorze...”
- Wolałbym, byś zajęła się czymś bardziej kształcącym, niż runy, których nie da się odczytać – podskoczyła, słysząc surowy głos mentora. Odwróciła się. Elf trzymał w dłoniach kilka zwojów i wpatrywał się w nią dziwnym wzrokiem. – Twoim zadaniem na dzisiejszy dzień będzie przestudiowanie tych pism.
 Wzięła od Rodgara papirusy i ruszyła w stronę wyjścia, ciągle myśląc o niedoczytanej pieśni. W końcu, męczona sprzecznymi uczuciami odwróciła się. Sędziwy elf znów zasiadł przy stole i marszcząc brwi studiował tajemnicze pismo.
- Eee... mistrzu?
Uniósł głowę znad tekstu.
- Coś się stało?
- Nie... to znaczy... – nie wiedziała, jak może zareagować na jej słowa. – chciałam zapytać, czy kiedy skończysz studiować tą pieśń... czy mogłabym ją też przeczytać?
Spojrzał na nią dziwnym, nieodgadnionym wzrokiem.
- To dzieło z prywatnej kolekcji samego Vraela. Zazwyczaj nie pisywał pieśni, tylko poematy, eseje... nie można wnioskować by była to pieśń, zwłaszcza, że nie wiemy o czym jest. Vrael nigdy nie posługiwał się tymi dziwnymi runami, tym bardziej trudno będzie nam wydedukować o co mu tym razem chodziło. Oczywiście, mogę dać ci ten tekst nawet teraz, ale i tak nie jesteśmy w stanie nic z niego odczytać.
Uśmiechnęła się smutno i podeszła do mistrza. Jeszcze raz spojrzała na pergamin, przeczesując linijki smoczych runów. Dopiero po chwili zwróciła uwagę na ważny szczegół. Przypomniała sobie słowa, które kiedyś wypowiedziała Fricai.
„Żaden ludzki atrament nie mógłby zapisać smoczej mowy. Dlatego właśnie uczę cię jej na piasku, który jest częścią natury, częścią świata... a więc także częścią słów, które wypowiadamy i które stają się rzeczywistością.”
Kompletnie zapominając o siedzącym obok mistrzu przypatrzyła się znakom. Musiało minąć kilka sekund, zanim dotarła do niej oszołamiająca prawda.
- To krew... – wyszeptała. – Vrael zapisał tekst pieśni własną krwią...
Ale dlaczego? Dlaczego tak mu zależało na przekazaniu tej pieśni potomnym? Pokręciła głową w zdumieniu. Nie, on nie chciał jej nikomu przekazywać. Gdyby tak było, zapisałby ją w mowie elfów. Czyli chciał ją ukryć...
Ogarnięta mieszanymi uczuciami zaczęła wczytywać się w runy. Pieśń mówiła o potężnym stworzeniu – prawdopodobnie pierwszym smoku, który żyjąc w świecie pełnym harmonii zapragnął czegoś innego. Gwiazdy go usłuchały – zesłały cień, który powoli zaczął ogarniać całą krainę. Smoki zaczęły walczyć ze sobą, ubiegać się o status najpotężniejszego, aż w końcu okazało się, że zostało ich tak niewiele, że wkrótce przestaną stanowić panów, ojców świata w którym żyją. Ten Najstarszy, chcąc zakończyć bezsensowne walki, przyznał się do przywołania wojny i śmierci nad krainę, jednak jego słowa odwróciły się przeciw niemu. Został zabity w nierównej walce, a jego ciało zostało pochowane w oddali od serca kraju tak, by wszyscy mogli zapomnieć o wszystkich nieszczęściach, które sprowadził.
Niestety, spory się nie zakończyły. Wręcz przeciwnie, wybuchła wojna, która była jeszcze gorsza od wszystkich poprzednich. Najpotężniejsi ścierali się w kolejnych bitwach i mimo, że na horyzoncie zaczęło pojawiać się światło, które mogło sprowadzić nowy dzień, bez zła i cierpienia, to oni nie chcieli go zauważyć.
I wtedy właśnie powstał z martwych ten, którego przed setkami lat pochowali. Odbudował stolicę, wzmocnił swą potęgę i ruszył po wolność.
A kiedy już ją zwrócił, nie mógł powrócić do wiecznego pokoju. Powierzając swym dzieciom władzę udał się za ocean, by następnego dnia pojawić się na firmamencie jako najjaśniejsza z gwiazd...
Z podziwem spojrzała na dzieło rąk i umysłu Vraela. Ta historia była taka prawdziwa, taka... oczywista. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że ten Smok... że to wszystko działo się naprawdę. Zwróciła wzrok na mistrza, który ciągle się jej przyglądał.
- Ty to rozumiesz. – wyszeptał zduszonym szeptem.
Pokiwała głową. Elf spojrzał w zadumie na pergamin. Chwycił go w swoje długie palce i podał dziewczynie.
- Weź go, Elanor. Vrael na pewno wiedział co robi, pisząc coś w tym dziwnym języku. Myślę, że ten zwój powinien należeć do ciebie.
Ze wzruszeniem odebrała pergamin od Jeźdźca. Nie wiedziała co powiedzieć. Właśnie otrzymała jeden z najpiękniejszych utworów o jakich słyszała. Była pewna, że jest on także najwartościowszy.
„Elanor” – usłyszała nagle w głowie głos Sirvana. – „Spójrz w stronę głównej bramy.
Bez słowa podeszła do wielkiej okiennicy. Z trudem otwarła ją i wychyliła głowę.  
Do stolicy Smoczych Jeźdźców wchodziło właśnie dwóch ludzi. Tych samych, których łódź znaleźli dzień wcześniej na wybrzeżu.
 

by N.K.

Google

Poprzednie sondy




Copyright © KiMA 2005-2009

:) :) :) xD